Wiersze

Opowiadania


Choroba
Tutaj me serce zostało
Tak trudno zrozumieć
Nocne myśli
Do wszystkich z sercem
Rozmowa z łzami
Dzięki Ci !
Pokochajmy naszą Ojczyznę
Posłuchaj mnie
Samoobrona
Zrozumienie
Przeczytaj i pomyśl ……..
Starość
Bezkresne stepy...
Życia bieg
Cóż mi więcej trzeba?
Mogiła
Przesłanie
Zima
Ja czy oni
Motto życia
Radość życia
Zrozum to, co powiem
Jak……?
Pragnienia
To ja marny puszek tej ziemi
Miłosierdzie
Bal

 

Uciekli Śmierci
Historia jednej zabłąkanej kuli
Nie doszedł do domu
Samolot w słomie
Zakręty historii

Z kart historii
Wspomnienia Ojca Bedy Bujnowskiego
Przegrali bieg o życie
Rozstrzelani na łące szkolnej


Choroba

Przyszła nie wiadomo kiedy,
Jej zdradliwe szpony złapały mnie z siłą,
Byłem łatwym łupem, zmęczony, szarpiący się,
Brakowało mi silnego ducha,
Wiem, że on by mnie obronił z takiej opresji,
Szukałem pomocy u ludzi,
Mówiono- taki duży młody, a myślano - czego ty chcesz?,
Tak kilka miesięcy chodzenia,
Wiele odwiedzin lekarzy,
Na koniec jeden mądry powiedział prawdę – jesteś chory,
Zacząłem walkę chorobą i samym sobą,
Myśli kłębiły się w głowie,
Strach panoszył się w ich obszarach,
Strach o siebie, i o bliskich,
Przecież mam dzieci takie małe,
Kto wleje w nie miłość, kto je wychowa,
Wtedy te myśli kształtowały mego ducha,
Kolejne wizyty, dawki promieni kobaltu,
Pruły me mięśnie, tkanki, ciało,
Było coraz trudniej, były chwile zwątpienia,
Pewnego dnia powiedziano mi - leczenie skończone,
Skutki jego spustoszyły mój organizm,
Powoli lizałem rany swego ciała,
Stanąłem przed lustrem i rzekłem nie ma raka,
Pokonałem go w pierwszej rundzie,
Choć tyle mnie to kosztowało wysiłku,
To jednak cieszyłem się,
Że moja wrażliwość stała się wrażliwsza,
Mój rozum dostał nowe pola wiedzy,
Myśli wkroczyły na nowe tory,
Oczy ujrzały wiele nowego,
Serce stało się czułe i twarde,
Życie udzieliło mnie kolejnej lekcji pokory,
Przyjąłem ją może trochę z żalem,
Po trzech miesiącach wróciłem do pracy,
Do mojej ukochanej młodzieży,
Pierwsza runda walki z rakiem „ Zwycięstwo,
Lecz otrzymane razy tkwią w mym ciele i duchu.

Lubartów dnia 7 stycznia 2004 roku

 


Tutaj me serce zostało

/myśli mego dziadka przelewam na papier/

Nasutowie mój miły, tak kocham Cię z całej siły.
Tęsknię z zaświatów, ze swej mogiły,
Za ludźmi, którzy tutaj razem ze mną żyli,
Którzy ze mną dużo dobrego zrobili.
Mimo, że dziś mnie już nie ma na tym świecie,
To muszę Wam powiedzieć: szczęśliwie żyjecie.
Tyle tutaj pokoleń przed Wami
Obrabiało tę ziemię w ciężkim trudzie rękami.
Tyle mądrych ludzi z tej ziemi wyrosło,
Często tę ludzką mądrość w świat poniosło.
Pamiętam lasu w stawach Wzory odbicie,
Które często odwiedzałem wieczorem i o świcie,
Słyszę jak dzisiaj rechot żab niezmienny,
Słyszę szum boru smutny i przepiękny.
I choć mnie dziś już nie ma,
Widzę to wszystko z zaświatów swoimi oczyma.
I tak myślę, Cóż po mnie tutaj zostało,
Myślę, że niewiele, może nawet mało.
Kilka pożółkłych kartek, równo zapisanych,
Dobrych słów przez niektórych wypowiadanych,
Drzewa dwa posadzone na szkolnej łące,
Myśli zapisane w nasutowskiej książce.
Bo cóż może pozostać innego,
Kiedy odejdziemy z padołu ziemskiego.
Powiem Wam tak, spotkamy się tam w oddali,
Wtedy rękę podadzą mi wszyscy i duzi i mali,
Przed tym spotkaniem, chce tylko Was uprzedzić,
I kilka prawd ludzkich szczerze powiedzieć,
Bo dziś już wiem, czym jest życie,
Powiem Wam ucieka ono tak szybko i skrycie.
I nim się spostrzeżesz, to będziesz już stary,
Wtedy niepotrzebne już są życia dary,
Już dziś zajrzyj w siebie, w swe źródło i wnętrze,
I odszukaj to, co dla ciebie najpiękniejsze,
Co warto zobaczyć, przywrócić do istnienia,
I cieszyć się życiem, szybko bez wytchnienia,
Bo każdy dzień szybko przemija i czas zabija,
Rób wszystko mądrze, bo to Cię rozwija,
Ucz się mądrości życia od drugiego,
Żyj tak abyś miał szacunek dla siebie samego,
I dostawał go od innych, koleżanko i kolego .


Niemce dnia 5 lutego 2004 roku Jan Ściseł /wnuk Jana Filipka/
 


Tak trudno zrozumieć

Tak trudno zrozumieć drugiego człowieka,
Spróbuj zrozumieć, bo czas tak szybko ucieka,
Dojrzyj nie tylko to, co dzieje się w Tobie,
Lecz to, co może dziać się i w drugiej osobie.
Spróbuj rozejrzeć się dookoła siebie,
Dostrzec wołanie człowieka w potrzebie.
Zobaczyć kogoś, komu źle się wiedzie,
Dostrzec bliźniego, co znalazł się w biedzie.
Wylej na niego miłosierdzia krople,
Roztop swoją miłością zimna sople.
Bądź dla biednego łaskawy,
Odejmij ze swojego stołu trochę strawy.
Przyjdź biednemu z pomocą bliźniego,
Strać pieniądze na brata, przyjaciela swego,
Bo przecież takie jest boskie przyuczenie,
A on lituje się nad tymi, którzy przyjmują jego pouczenie

Jan Stanisław Ściseł dnia 6 marca 2004
 


Nocne myśli

Coś mi się w nocy przyśniło
Ze snu zupełnie wyrwało
Nagle z próżności wybiło
I nie wiem, co to się stało

I leżę tak długo leżę
W myślach czasu nie liczę
I dumam, myślę i wierzę
Jaki wspaniałe jest życie

Choć trosk nam nie brakuje
I czasem źle nam się wiedzie
Lecz każdy to życie smakuje
Bogaty i ten, co jest w biedzie

Wzrok mój utkwiony w ciemności
Myśli olśnienia dostają
Tyle mam w sobie radości
Że bramy serca się otwierają

Wylewam miłości strumień
Rwie z siłą on moją duszę
I robię, co najlepiej umiem
Rankiem w bój o dobro wyruszę

Serce moje otwarte
Na dobro całej ludzkości
Myśli do nieba zadarte
Że cały drżę aż do kości

W życiu przeżyłem wiele
Mądrości od niego nabyłem
Teraz w sercu wesele
Tak mocno o tym marzyłem

Jutro kolejne zmagania
Szansa przeżycia radości
Możliwość czasu złapania
Do wspomnień, do przeszłości

Mój drogi czytelniku
Morałów Ci ja nie prawie
Świat ma swych rad bez liku
I świata ja nie zbawię

Gdybyś posłuchać mnie miał
To, co powiedzieć mogę
To Tobie wskazać bym chciał
Dobra życiową drogę

Żyj z ludźmi i dla ludzi
Z miłością Pana Naszego
Niech zawsze ranek Cię budzi
W dzień unikaj wszystkiego złego

Rozwiń dywany miłości
Rozpal ogniska pod sercem
Rozdawaj krople radości
Uśmiechaj, kwiatów kobiercem

Kochaj, kochaj i kochaj
Dobro czyń dla ludzkości
Gdy trzeba łzami szlochaj
Rób wszystko z głębin miłości

Jan Stanisław Ściseł 13 marca 2004 roku


Do wszystkich z sercem

Łzy jak groch mi z oczu spadają,
Dlaczego?, po co?, co mi powiedzieć mają?
Spać nie mogłem długo nocą,
Cały czas myśli mój sen psocą.
Dlaczego z oczu łzy się wyrywacie?
Tam swoje miejsce pod oczyma macie.
Tyle się dziś żalu na mnie zwaliło,
Trak mocno bym chciał, żeby dobrze wszystkim było.
I chciałbym by wszyscy mieli bochen chleba,
Ze swojej twórczej pracy, a nie z darów nieba.
Chciałbym, by ludzie bólu nie cierpieli,
A nadzieję i wiarę, zawsze w sercu mieli.
To ważne, żeby jeden człowiek mógł liczyć na drugiego,
I żeby człowiek człowiekowi był przyjacielem i kolegą.
Co to za Świat, gdy nie ma w nim ludzkiej miłości,
A sąsiad sąsiada każdym czynem złości.
W życiu jest miejsce do życia dla każdego,
Dla pracowitego, leniwego, zdrowego i chorego.
I po co me słowa tę kartkę malują,
Żeby powiedzieć, że są tacy, którzy źle w życiu się czują.
Popatrz mój drogi wokół siebie,
Spróbuj zobaczyć Tego, co potrzebuje Ciebie.
Daj mu serce, daj mu krople radości,
Wtedy Świat się poprawi, będzie w nim więcej miłości.
Niech twe serce, wzrok dostrzeże człowieka,
Bo może on na ludzką miłość czeka.
Zrób, choć milimetr dobrego,
Czy zrobisz, czy nie i tak będziesz moim kolegą

Jan Stanisław Ściseł 2004 rok
 


Rozmowa z łzami

Łzy, czemu z oczu spadacie?
Jakie uczucia w sobie macie?
Czy złość, czy żal przedstawiacie?
Czy ból i załamanie przedstawiać macie?
Nie dziś jesteśmy łzami radości
Czujemy, że w twym sercu miłość gości
Wiemy żeś znalazł przyjaciela swego
Który ci nigdy nie przysporzy niczego złego
Z którym masz dusze, myśli jednakowe
Z którym przeżyjesz uciechy duchowe
Szanuj i kochaj przyjaciela swego
Weź go za rękę, oderwij od złego
Gdy mocno w potrzebie
Osłoń go, daj wtedy miłość z siebie
I bądź koło niego, gdy trzeba
Podaj mu, jeśli możesz i kawałek nieba
Szanuj go w domu, na ulicy, w Kościele
Tylko jeden z milionów jest prawdziwym przyjacielem
Dzięki łzy moje za wasze kazanie
Dzięki Ci za przyjaciela mój Panie
Łzy moje łzy, już oczu nie roście
Teraz już niech będzie radośnie.

Jan Stanisław Ściseł
15 marca 2004 roku

 


Dzięki Ci !


Tak mocno kocham twą duszę
Tak wielbię Twoje marzenia
Dostarczasz mi tyle wzruszeń
Dodajesz działań natchnienia

Tyle mi pokazałaś
Tyle mnie nauczyłaś
Serce mi swoje dałaś
Całkiem mnie otworzyłaś

Na Twoje dobre oblicze
I ja dostaje olśnienia
Chwil z Tobą ja nie liczę
I niech się to nie zmienia

Wspólne przeżycia, marzenia
Cele życiowe, działanie
Niech to się tylko nie zmienia
Proszę Cię o to Panie

Losu życia nie cofam
Nie chce serca rozdzierać
Czasem łzami poszlocham
I musze się w kupę zbierać

A tak mi trzeba niewiele
Wtulić się w Twoim ciele
By dusze nasze radosne
Przeżyły rozkosze miłosne

Wierzę, że to się uda
Bo to nie jest nic złego
To wcale nie są cuda
Lecz miłość do bliźniego

Jan Stanisław Ściseł 14 marca 2004 rok
 


Pokochajmy naszą Ojczyznę


Polsko Ojczyzno moja, me serce Tobie daję,
Tyle byłaś szarpana przez sąsiadów kraje.
Twe dziadki przez wieki za Ciebie krew przelewali,
Miliony tchnień życia za Ciebie oddali.
Przez wieków dziesiątki tak mocno cierpiałaś,
Granic swych długie lata nie miałaś,
Lecz i dla Ciebie przyszła chwila radości,
Przyszedł moment tak oczekiwanej wolności.
W Twej losów ciemiężnej i długiej niedoli,
W czasie mierzonym latami, biegnącym powoli,
Ciągle w naszym kraju coś się powtarzało,
Ciągle w naszej Ojczyźnie coś się złego działo.
Dziś znów jesteś, po latach niewoli wolna i młoda,
Lecz twój lud dzisiaj zapomina, a to szkoda,
O tym Żeś jesteś jego jedyną Matką,
Że przez wieki opiekę dawałaś swym dziadkom.
Naród i Ojczyzna to bliska rodzina,
Lecz czasem i w rodzie ktoś o kimś zapomina.
Ludzie tworzą rody, tworzą i narody,
A w tych narodach trzeba nam zgody,
Bo gdy każdy szarpie matkę ukochaną,
Ginie ona w ciszy, od rany przez naród zadaną,
Weźmy się za ręce, złączmy serca swoje,
Niech każdy odda pracy dla Ojczyzny znoje,
Niech choćby przemyśli skąd jego korzenie,
I wymiecie z siebie blasku złego cienie,
Do twórczej pracy rodacy dla Ojczyzny,
Niech się zabliźnią w narodzie blizny,
Wtedy wszyscy wspólnie, razem, z miłością,
Z pędem serca i wielka radością,
Nasz Dom Ojczyźniany ulepimy,
Dla naszych dzieci, dla naszej rodziny,
Dom ten będzie silny w skałach podwaliny,
Nie z plew, pierza, drewna i gliny,
Lecz z serc wzniesiony, ludzkiej miłości do bliźniego,
Bez zawiści, prywaty i wszystkiego złego.
Narodzie żyj obok siebie w zgodzie,
I opiekuj się matką swoją Ojczyzną.

Jan Ściseł 4 lutego 2004 roku
 


Posłuchaj mnie !


Ludu mój ludu, me serce Tobie dałem,
Tyle energii i dobra ludziom okazałem,
Ile minut radosnych w życiu spędziłem,
Ile chwil smutnych i wyniosłych z Wami użyłem,
Lecz kiedy skryta trwoga dosięgła mnie z siłą,
Nagle się okazało, że coś się we mnie wypaliło,
Gdy na łożu boleści tak długo leżałem,
Za mało wsparcia i miłości od innych dostałem,
Czyżby radość z mojej choroby ludzie odczuwali?
Tego nie wiem, lecz za mało zrozumienia w mej boleści mi dali,
Komu potrzebny człowiek z życia wykreślony?
Powiem Wam, ze czasem nie miałem zrozumienia i od żony,
Choć całym sercem i ciałem koło mnie była,
To przecież ona, tego co ja, nie przeżyła,
Ten zrozumiał, co przeżył, co cierpiał bardzo,
I po tych przeżyciach w sercu jest miękko i twardo,
Miękko, bo rozumiesz złego blaski cienie,
Twardo, boś zahartowany i mocno patrzysz na ziemię,
Me słowa niech będą dla innych przestrogą,
Bo każdy w swym życiu pójdzie biedy drogą,
Bo ono jest tak cudnie przez Boga ustalone,
Że pewne prawdy są w życiu tak samo stworzone,
I koniec ten sam i życia i wiersza,
Na koniec ma prośba: niech twa wizja życia będzie trochę szersza.

Jan Ściseł Lubartów luty 2004
 


Samoobrona

Przez Leppera stworzona
Partia dla ludzi !? Samoobrona,
Tyle już dobra Polsce zrobiła
Milionom ludzi byt poprawiła?
Tak sobie myślę, tak dumam sobie,
Czy pomyślała o mnie, o Tobie?
Tego ja nie wiem, tego nie dojrzę
Choć mocno w lewo, i w prawo spojrzę.
Gdy się słowami sławę buduję,
To przecież już wiemy, że ona szybko się psuje,
Czyny i czyny niech świadczą o niej,
Zbawicielce Polski - Samoobronie.
Dziś cały Naród na niego spoziera,
W cichości ducha liczy na Leppera,
Człowiek to mocny, ładny i gładki,
Naród dla niego, to nie są dziadki,
Naród jest drogą, drogą kariera
Nowego „Boga” – Andrzeja Leppera,
Do Ciebie prośba Polski Narodzie,
Bądź mądry, rozumny, żyj ze sobą w zgodzie,
I jeszcze jedna refleksja na koniec wiersza,
Polski Narodzie – niech twa wizja Polski będzie trochę szersza.

Jan Stanisław Ściseł Lubartów 10 marca 2004

 


Zrozumienie


Tyle zła niedoli i biedy jest na tym świecie,
Tyle łez, nienawiści, bólu jak wiecie.
Jedni mają góry złota, klejnotów korony,
Inni mądrzy Boga słowem, nie szukają mamony.
Być biednym, bez bogactw to nie grzech,
Czasami oprócz biedy spotyka nas pech.
Bieda, głód, choroba otacza nas dookoła,
A z serc pokrzywdzonych myśl jasna ciągle woła.
Pomóżcie temu i temu, pomóżcie biednemu,
Koledze sąsiadowi przyjacielowi swemu.
Czasami wystarczy ręką dotknąć czule drugiej ręki,
Lżejsze, łatwiejsze do zniesienia staną się czyjeś męki.
Ciepło serca Twego, kiedy się ku drugiemu wylewa,
Wzbudza to w nim uczucie, jakby cudne zielone drzewa.
Kiedy oprócz serca cokolwiek dasz,
Wtedy wiem, ze miłosierdzie i zrozumienie drugiego w sobie masz.
Nieś Boskie przesłanie daleko.
Niech słowa Jego dźwięczą za lasem, polem i rzeką.
Niech usta krzyczą: chleba dać głodnemu, wody spragnionemu
Bo tak mówi boska teza, żeby pomóc potrzebującemu.
Bo może tak stać się mój drogi,
Że i Ty kiedyś wpuścisz biedę w swoje progi.
Gdy Ci się wiedzie dobrze, trudne zrozumienie,
Ale w życiu bywa różnie i mogą przyjść jego cienie.
Pamiętaj, więc mój drogi człowiecze,
Że czasami dziwnie się na tym świecie plecie.
I jeśli Ty coś drugiemu z serca dasz,
Ja Ci ręczę, że w chwili potrzeby pomoc otrzymasz.
Chleba, wody daj to przesłanie dla każdego,
Nieś go w sercu, na ustach głęboko w kraj koleżanko i kolego.

Jan Ściseł 14 stycznia 2004 roku

 


Przeczytaj i pomyśl ……..


Żeby Świat dobrze poznać
Trzeba dobrego i złego z niego doznać,
Trzeba spróbować z niego
Blasku i cieni dnia powszedniego,
Jak zrozumieć to, czego się nie doznało?
Wiem, że to trudne, lecz gdyby się chciało,
Umieć słuchać drugiego człowieka,
Wsłuchiwać się w jego słowa, myśli z bliska i z daleka,
Bo drugi człowiek jest ogromną wiedzy skarbnicą,
Choć słowa są tak ułomne, lecz mocno się liczą,
Nie mogą w pełni oddać rzeczywistości,
Lecz gdy przeżyjesz życie w Boga miłości,
Na jego końcu będziesz najmądrzejszy
Choć wtedy nie dopiszesz już do życia wierszy,
Tylko ten, kto jest wrażliwy,
Przeżył cienie, blaski życia i dziwy
Może zrozumieć:
po co miłosierdzie
Życie ludzi to czas
Czas rodzenia……
Czas radości i smutku,
Czas młodości i starości,
Czas zdrowia i choroby,
I czas umierania. ………………
Pamiętaj o istocie życia,
Pamiętaj, że obok nas są
Biedni, starzy, chorzy, inni,
Wystarczy czasem odrobina miłości,
Twój dotyk ręki, uśmiech oblicza
Daje drugiemu pokłady radości,
Dawać komuś miłość
To sobie dawać radość,
Życie to niezbadany, największy skarb od Boga,
Przeżyjmy go razem z nim, dla ludzi
Z miłosierdziem, z miłosierdziem.

Jan Ściseł  1 luty 2004 r.
 


Starość

Kiedy przeżyjesz lat wiele,
Kiedy one wyryją się na Twym ciele,
Kiedy siwy włos zabieli na głowie,
Wtedy już na pewno się dowiesz,
Co to starość……
Sił często mocno brakuje,
Serce z wysiłku kłuje,
Wszyscy bliscy wyjechali,
Czasem list, lub kartkę przysłali,
Choroba tak mocno nie boli,
Jak samotność w tej starczej niedoli,
Smutek i przygnębienie, łzy i pragnienie,
Aby w myślach przywrócić dawne blasku cienie,
Wspomnienia sił wiele dodają,
Radość dookoła roztaczają,
Na chwilę zapomnisz o biedzie,
Jak myśl, o czymś miłym Cię wiedzie,
Każde młodości wspomnienie,
To duszy wielkie natchnienie,
Wspominaj, ile tylko możesz.
I módl się do łaski Bożej,
O każdy dzień życia przeżyty,
Niech we wspomnieniach zostanie on wyryty,
Dla ciebie samotność jest zła,,
Ale na nią jest też recepta,
Mów rano i wieczorem do Boga,
I wierz, że nie spotka cię żadna trwoga.

Jan Ściseł 24 styczeń 2004 rok
 

Bezkresne stepy...

Bezkresne stepy moich dni
Powoli kończą biegu lot
W marzeniach życie mi się śni
Ze strachu czoło zalał pot

Wodę rozkoszy z życia toni
Łykami chłeptać chciałbym znów
Lecz sił brakuje w słabej dłoni
A w sercu wiary brak, nadziei, słów

Nie wróci to, co już było
Wspomnienia czas odrodzą znów
Tak bardzo chciałbym, by wróciło
To tylko dźwięczy pustka słów

Moja statek ciągle płynie do celu
W rytm serca mego głębi bicia
Ja wiem, że przyjdzie stanąć do apelu
Bo coraz mniej zostało życia

Słowo na kartce białej znajdziecie
Kiedyś, w przyszłości, dalekiej oddali
Może nad grobem mnie odnajdziecie
Zechciejcie mili wiersz ten ocalić.

Jan Ściseł  2003r.
 


Życia bieg


Ciało w spoczynku złożone,
Myśli nie dają odpocząć.
Oczy schowane w dłonie,
Serce silnie tykocze.

Stuk, puk,stuk,puk,
Rozbrzmiewa zegara bicie.
Stuk, stuk, stuk, stuk,
Wtóruje mu serce skrycie.

Myśli ogarnia myślenie,
Ciało drętwieje w nicości.
Czasu ucieka mgnienie.
Zawijam się kocem próżności.

Sen błogi w końcu nadchodzi,
Oczy więcej nie spojrzą.
Ciało w spoczynek przechodzi,
Nic więcej zmysły nie dojrzą.

Tak w błogim śnie ukojeniu,
Czas szybko w biegu nastaje.
Rankiem w nowym spojrzeniu,
Świat się cudowny wydaje

Więc chwytaj czas,
Bo wartość to niespotykana.
Docenisz to najbardziej raz,
Gdy staniesz u wrót Pana.

Tam równi, będą równymi,
Tam sprawiedliwość nastanie.
Tam Pan oczyma swymi,
Oceni nasze postępowanie.

Przed Bogiem każdy jednaki.
Wielu wszak o tym nie wie.
Ja wiem i daje znaki.
Żyj tak, abyś został w niebie.

Jan Ściseł Grudzień 2003 rok
 


Cóż mi więcej trzeba?


Mam wszystko, co bym chciał,
Mam wszystko, co bym z życia brał,
Mam błękit nieba nad sobą,
Mam możliwość rozmowy z drugą osobą,
I domek mój miły,
Którego kocham z całej siły,
Rodzinę - żonę z chłopcami,
I sąsiadów mówiących wspólnymi językami,
Przed domem trawkę zieloną,
Cudną sosenkę pokrzywioną,
Wiele drzew, przyrodę pachnącą,
Do słońca się uśmiechającą,
Wszystko to cieszy i raduje,
Wszystko, co mam, tak mocno miłuję,
I cóż mi więcej trzeba?............
Nie wróci to, co już było,
Choć często chciałbym, by wróciło,
I chciałbym przywrócić do istnienia,
To, czego dziś już nie ma,
Oczami duszy mojej,
Wspominam w pamięci swojej,
Najmilsze sercu wspomnienia,
Zdarzenia, postaci, rodzinę - których już nie ma,
Smak z butelki szklanej mleka,
Twaróg, który śmietaną ścieka,
Chleb z pieca pachnący,
Złotą skórką lśniący,
Konie w zaprzęgu idące,
Na które błyska słońce,
Chłopa z pługiem orzącego pole,
I ptaki, które za nim dziobią rolę,
I cóż mi więcej trzeba,
Wszystko, czego już nie ma,
Przywracać od zapomnienia.

Jan Ściseł 25 stycznia 2004 roku
 


Mogiła


Leży żołnierz w mogile zapomnienia.
Leży nagi, bez trumny desek.
W jego rodziny wspomnieniach
Tłucze się pytanie „Gdzie jesteś?”

Ległeś od Niemieckich kul,
Przeszyły licznie Twe ciało.
Upadłeś pod figurą, na bruzdy ról.
Twe serce bić przestało.

W dole z gleby Cię złożono,
Pod metra ziemi płaszczem.
W koszuli krwią splamioną,
Dziś tylko szum kasztana Cię głaszcze.

Lecz Bóg to sprawił niesłychanie,
Że tam gdzie ległeś była figura.
To było jego przesłanie,
Dziś on Cię do siebie przytula.

Szumi kasztan cichutko.
Wiąz jego młodszy brat,
Wtóruje mu milutko.
I tak się skończył żołnierza świat.

Na polu, obok krzyża,
przy drodze do Kościoła,
leży ciało bez trumny .
Me serce ostro woła.
Uszanujmy zabitego, jak Jezus szanuje każdego.

Jan Ściseł


Fotografia krzyża na Woli Niemieckiej , pod którym spoczywa ciało zabitego
/ wykonał Jan Ściseł /

Motyw wiersza dotyczy pochowanego żołnierza pod krzyżem na Woli Niemieckiej, pod Rudką Kozłowiecka, zabitego w 1944 roku wiosną, przy dawnym trakcie z Woli Niemieckiej do Dysa. Człowiek ten zginął od kul Niemieckich, Bronił się ostrzeliwując zza kasztana. Padł pod krzyżem, przy kasztanie martwy i tam spoczywa do dzisiaj. Pochowany w koszuli, kalesonach, na niego rzucono pół pokrwawionego kożuszka.
 


Przesłanie


Wiesz, że w kropli wody,
Znaleźć można nie tylko łzę.
Tyle w niej czaru, urody.
Wypić kroplę wody chcę.

Kiedy kropla płynie potu,
Kiedy perli czoło me.
Wtedy wiem, że jest gotów,
By prace przerwać swe.

Patrzę w niebo, w gwiazd miliony,
Śledzę komet niebnych lot.
Przytulam się do żony,
Wycieram strachu pot.

Często bardzo lęk przychodzi,
Jak podołam swym potrzebom?
Myśli moje sobie wodzi,
Daleko, ku niebiosu niebom.

Wtedy oczy swe zamykam,
Wraca jasność rozumienia.
Mocno powieki ściskam
Strach odchodzi w zapomnienia.

Wkracza w serce sił nadzieja,
Płuca nabierają tlenu.
Rozum krzyczy sercu memu,
Rób dobrze ludowi swemu.

Jan Ściseł Grudzień 2003 rok
 


Zima


Już oczy me jasność witają.
Sen ucieka w zapomnienie.
Myśli w głowie biegają.
Dają planom natchnienie.

Oczy spojrzały na okno,
Za nim zima szaleje,
W płatkach śniegu drzewa mokną,
Wiatr delikatnie wieje.

Na szybie szronu gwiazdki,
Od słońca blasku dostają,
Za oknem orzech wielki,
Na gałęziach wróble śpiewają.

Pachnie dzisiejszy ranek,
Szarą i twardą zima,
Zaraz pójdę na ganek,
Sprawdzę, jak duży mróz trzyma.

Brrr…….., zima na dworze,
Jeszcze wiatr chłodu dodaje,
Ciepłe ubranie włożę,
Wszystko się cudne wydaje.

Wybiorę się przed dom mój miły,
Popatrzę na iglaste drzewa,
To wszystko dodaje siły,
I dusza ma zaraz śpiewa.

Te wszystkie cuda natury,
Okiem wrażliwym spotykam,
To wspaniały świat, który
Z miłością w pamięci zamykam.

Jan Ściseł 21 styczeń 2004 rok
 


Ja czy oni


Co to jest?
Słyszę granie
Ktoś wchodzi, wychodzi
Ja zostaję
Ja czuję
Oni nic nie czują
Ja walczę
Oni już przestali
Ja pracuję
Oni nie pracują
Kim oni są?
Kim ja jestem?
Ja daję serce
Oni nie potrafią
Ja kocham
Oni nie kochają
Ja pracuje
Oni się śmieją
Kto jest lepszy
Ja czy oni?
Ja coś zostawię
Oni nic nie zostawią
Nie chcę być nimi
Chce być sobą
I takim pozostanę.

Jan Ściseł 1985 rok
 


Motto życia


Noc ucieka godzinami,
Ciągle coś w mej duszy gra,
Głowa tętni marzeniami,
Sen przychodzi, w oczach mgła.

Tak się we mnie myśli kłębią,
Jakby drewna wielki stos,
Pewnie działania z nich będą,
Znów wymyślę, zrobię coś.

Żona, mama, chłopcy śpią.
Sen omotał wszystkich już,
Koło mego serca są,
Za ścianami tuż, tuż, tuż.

Zaniedbuję ich czasami,
Daje innym, co mam dać,
Siedzę ciągle nocami,
I wcale mi się nie chce spać.

Dziś myślenie zmierza me,
By przyjaciół poznać głos,
Miło chwile wrócić te,
Których w myślach pełny trzos.

Podpowiada serce me,
Setki działań do zrobienia,
Lecz niech działania te,
Nie przekształcą się w marzenia.

Wierzę, że myśli i serce me
Znajdą wspólny fali głos,
A marzenia i działania te,
Nie zakłóci życia los.

Jan Ściseł Grudzień 2003 rok
 


Radość życia


Już za oknem dzionek wstaje,
Robi dzień swój pierwszy krok.
I choć słońce słabo daje,
Dzień od nocy robi skok.

W domu wszyscy ciągle w śnie.
Sen zamyka ich powieki.
Jakby stali w gęstej mgle,
Wśród wijącej się rzeki.

Tylko ja nie mogę spać.
Sen ucieka w siną dal.
Chcę od siebie tyle dać,
A jutro sylwestrowy bal.

Pierwszy bal od wielu lat.
Zdrowie ciągle szwankowało.
Dziś wesoły jest ten świat,
W ciele bólu nic nie zostało.

Ocierpiało się tak wiele,
Było tyle smętnych dni.
Dziś w moim ciele,
Zakwitły bukietów najmilsze sny.

Pamiętam, że były dni ciężkie,
Że byłem niepotrzebny nikomu.
Lecz dziś me serce męskie,
A kark ukuty ze szlachetnego złomu.

Gdy stojąc u Piotra bram,
Rzekłem: nigdy nie będę sam,
Bo w sercu tak dużo mam,
Sił, które oddaje Wam.

Jan Ściseł Boże Narodzenie 2003 rok
 


Zrozum to, co powiem


Człeku dwudziestowieczny, spoglądasz w dół swego istnienia,
Żyjesz, bo musisz, lecz nikt nie znajdzie dla Ciebie pocieszenia,
Czyż dzisiaj tak mocno zagoniony
Znajdziesz choć trochę czasu na miłość dla żony?,
A widzisz nie znajdziesz w sobie do oddania wiele,
Bo tak mało masz miłości i radości w swym ciele,
Sądzisz, że życie dzisiejsze jest lepsze wygodniejsze,
Lecz gdy tak żyjesz, nie wiesz co jest najpiękniejsze,
Co warto zobaczyć, przywrócić do istnienia,
By znaleźć choć troszkę szczęścia, radości, pocieszenia,
Więc lepiej chyba umrzeć, zginąć marnie?,
Niż żyć tak beznamiętnie, zupełnie niezdarnie,
Więc choćby dzisiaj zgiń człowieku zagoniony,
Jeśli w swym życiu nie znajdziesz czasu na miłość dla żony,
Tyś rozdarty, co wybrać, czy Zachód, czy Wschód,
Gdzie pójść do tyłu, czy w przód, na lewo, czy na prawo,
Te pytania nie są dziecinną zabawą,
Lecz mozołem człeka w Polsce, w Europie,
Stawia je ten, co jest na właściwym tropie,
Kto jest inteligentny, pełen zrozumienia,
Nie zagoniony, lecz taki, co znajdzie czas na miłość dla żony.

Wiersz napisny w stanie wojennym albo zaraz po nim- miałem wtedy kilkanaście lat/liceum/
Autor” Jan Ściseł uczeń IV klasayLicem Ogólnokształcącego im. Stefanii Sempołowskiej w Lublinie
 


Jak……?


Kocham !!!
To krzyk mej duszy
Poczekaj
To odzew rozumu
Dusza i rozum
Kto ma rację ?
Wiem, że można kochać bezrozumnie
To wspaniałe
Lecz tylko chwilowe
Szkoda……..

Jan Ściseł
 


Pragnienia


Słońce dawno poszło spać.
Dzień zamyka swe powieki,.
Tyle radości dzień może dać,
Sen dodaje mi opieki.

Wiara w dobroć niepojęta,
Pragnień, dążeń cała moc,
Wola silna, nieugięta,
Kształtuje mego życia lot.

Wielość życzeń, dążeń mych,
To napędza życia bieg,
I dla działań różnych tych,
Znajdę dla nich dobry lek.

Pomyślało serce me,
O największej boskiej tezie,
Żeby dobro wylać swe,
Dla tych, co są w biedzie.

Słowa znane wszystkim wszem,
Chleba wody ludziom dać,
Ja to bardzo dobrze wiem,
Ci, co nie, wam trzeba słuchać.

Leci czasu zdarzeń tyle,
Niezbadany jest ten świat,
Są nim różne cudne chwile,
Od tysięcy ludzkich lat,

Chleba daj, wody daj,
To przesłanie dla każdego,
Niech leci głęboko w kraj,
Niech dotrze do bliźniego.

Szarp, wydzieraj z życia chwile,
By radości czerpać moc,
Łap z życia tyle,
Ile złapać da Ci los.

Dla moich najbliższych: grudzień 2003 rok Lubartów Jan Ściseł / nauczyciel/
 


To ja marny puszek tej ziemi.


Dusza ma gra organami,
Myśli pod czaszką łopocą.
Świat idzie swymi torami,
A mnie się nie chcę spać nocą.

Wciąż myśli i myśli wracają,
Tak wiele by zrobić się chciało,
Lecz siły czasami nie dają,
Co robię to mało, i mało.

Choć ciemne życia chwile,
Tak dużo przynoszą refleksji,
Nie poddam się mocno wysilę,
By sprostać życiowej lekcji.

Tak dużo tkwi we mnie radości,
Tak błogo krzyczeć by się chciało,
Rozdaje tyle miłości,
Lecz zdaje mi się, że to mało.

Wyglądam głową nad chmury
Refleksji, na co dzień przybywa
Zatkałbym złe życia dziury,
Lecz sił tak szybko ubywa

Odważnie, z rozwagą do przodu,
Łamię bariery ludzkości
I chciałbym żyć dla Narodu,
Rozdając bukiety miłości

Pan Bóg mnie ciągle kieruje,
Ręce wyciąga do ręki
Ja go tak mocno miłuję
Składam mu wielkie dzięki

Z Bogiem bezpieczna droga,
Sen z nim Twój przyjemny,
Nie spotka Cię życiowa trwoga,
Z nim ominiesz na drodze dół ciemny.

Rozważ me słowa dogłębnie,
Zostaw je w sercu mądrości,
Odwróć się od złego zupełnie,
Rozdawaj kielichy miłości.

Jan Ściseł 4 stycznia 2004 roku
 


Miłosierdzie


Czy jestem miłosierny?
Tego nie wiem,
Wiem, że gdy leżałem przykuty do łoża chorobą,
Kiedy leki chemią zwane paliły me żyły, tętnice,
Kiedy strach o życie – najcenniejszy skarb człowieka,
Paraliżował me myśli i szarpał mego ducha,
W sercu mym paliło się uczucie dla innych chorych,
Gdy na sali obok, przez tydzień
Umierał dość wiekiem słusznym człowiek,
Ja modliłem się za niego,
A oczy me łzami często rosiły,
Kiedy widziałem ręce kobiece, spalone żyły ramion,
Wtedy żal me serce ściskał,
Kiedy płakała ja z żalu płakałem z nią,
Dziś ona odeszła, a ja rozkwitłem życiem,
Wszystko to wola naszego Pana,
Jednych podnosi z łoża boleści,
Innych zabiera na zielone łąki swojej nadziemskiej owczarni,
Mnie dał życie, ustrzegł, zachował,
Dziś mój duch silny jak nigdy,
Moje spalone ciało, rozkwitło młodością,
Moje serce przepełnione miłością,
Moje myśli pełne planów i działań,
Pan wskazał mi drogę,
Dziś wiedzie ona prostymi ścieżkami,
Dostałem przesłanie – rób dobrze ludowi swojemu,
Jeden Bóg jest miłosierny nad wszystko,
Bo jego miłosierdzie dotyka całej ludzkości,
Ja mogę jedynie nieść miłość bliźniemu,
Daję ja pomiędzy dłońmi dwiema,
Podaję błyskiem oczu i uśmiechem twarzy,
Podaję sercem otwartym dla wszystkich,
Żyję dla swojego ludu, dzielę się z nim chlebem
Odkrywam nowe obszary działania pomiędzy nocą a dniem,
I kocham ludzi pełnią swego serca.

Jan Ściseł 14 stycznia 2004 roku
 


Bal


Bal, bal, bal,
sylwestrowy bal.
Bal, bal, bal,
na sto par.

Stoły suto zastawione,
Goście modnie przybrani,
Młode twarze do siebie zwrócone,
Jakby przyjaciele na siebie zdani.

Wirują dokoła pary,
Tańczą, tańczą bez miary,
Uciechy wciąż przybywa,
Orkiestra cudnie przygrywa.

Z serc głos woła wszystkich,
Radość tego dnia,
Ja siedzę koło bliskich,
Koło mnie żona ma.

Sylwester kończy rok,
Kończy się doby czas,
Nowy Rok zrobi pierwszy krok,
Radość rozbudza w nas.

Przychodzi szampana godzina,
Słychać huk i strzały,
Życzymy sobie jak rodzina,
Problemy w oddali zostały.

Huk petard na dworze jęczy,
Hałas powietrze przeszywa,
Stukanie kieliszków dźwięczy,
Radość ze smutkiem codziennym wygrywa,

Bal, bal, bal,
Niech trwa cały rok,
To radości szał,
To miły sercu sok.

Bal, bal, bal,
Ja patrzę w siną dal.
A w sercu trochę żal,
Lecz wierzę, że nam się uda,
za rok na balu, tutaj przeżyć cuda.

Pani Dyrektor Domu Kultury w Ostrowie Lubelskim za wspaniałą opiekę i wspólną zabawę na balu sylwestrowym w 2003 składa: Jan Ściseł - nauczyciel i społecznik z Lubartowa / styczeń 2004 rok/, wraz z grupą wspaniałych Lubartowiaków.
 

 


Uciekli śmieci

Opisane zdarzenia miały miejsce 2 i 3 września 1943 roku . Patrząc historycznie był to czas II Wojny Świtowej. W owym czasie potęga niemieckiej armii zaczęła przygasać. Armia Radziecka rozpoczęła swój marsz w kierunku Berlina. Natomiast ziemie polski były całkowicie pod okupacją wojsk niemieckich. Panował ogólny terror i strach. Na ziemiach Polskich w tym czasie mocno nasilił się ruch oporu przeciwko Niemcom. Przybierał on ramy szeroko zakrojonej i zorganizowanej akcji z udziałem różnych organizacji bojowych, których celem głównym była walka z niemieckim najeźdźcą.
Na terenie gminy Niemce była partyzantka.. Była też ona w miejscowości Nasutów. Naturalną siedzibą partyzantów stały się Lasy Kozłowieckie – duży kompleks leśny położony na północ od Lublina. Na początku września w Lasach Kozłowieckich kwaterował oddział A.K. pod dowództwem Tadeusza Sowy ps.”Spartanin” z Bychawy i część Oddziału ppor. Szarugi ( Aleksandra Sarkisowa). Razem oddział liczył 50 partyzantów . Odbywali oni ćwiczenia bojowe , które prowadził plutonowy Cięciwa z oddziału „Spartanina”.
Dnia 2 września 1943 roku około godziny 2200 oddział 14 partyzantów pod dowództwem plutonowego Cięciwy, niepostrzeżenie wkroczył do wsi Nasutów. Mieli ze sobą broń maszynową. Przybyli oni od strony lasu gościńcem dąbrowieckim – od strony Dąbrówki. Do dziś jest to nieutwardzona droga łącząca Nasutów z Dąbrówką, która kilka kilometrów wiedzie przez piękne Lasy Kozłowieckie. Partyzanci szli równym miarowym krokiem, jeden za drugim. Weszli do wsi i zatrzymali się przy sklepie Szczepana Marczaka. Poprosili o przygotowanie kolacji. Zamówili jajecznicę z kiełbasą. Weszli do mieszkania przy sklepie, zostawiając dwóch kolegów na warcie. Byli to „Niedźwiedź” i „Cięciwa”. Pozostawieni mieli ze sobą broń maszynową.
Kiedy partyzanci szykowali się do kolacji, niespodziewanie zajechała furmanka z Niemcami. Prawdopodobnie byli to ciecierscy Niemcy, tzn. Ci którzy stacjonowali w Ciecierzynie. Właśnie tam znajdował się posterunek policji Schutzpolizei. Przebywało tam na stałe 12 oraz kilkunastu zmieniających się Niemców. Stojący na warcie Niedźwiedź podbiegł do furmanki z okrzykiem Ruki w wierch – ręce do góry. W tym czasie nadjechała druga furmanka z Niemcami. Niemcy otworzyli ogień, Niedźwiedź zdołał wystrzelić i padł rażony kulami. Na placu boju pojawia się pełna obsada oddziału partyzantów. Jedni wybiegli na podwórko zabudowań Marczaka, inni na gościniec. Niemieckie wozy zawracają w pośpiechu. Serie pocisków i pojedynczych strzałów prują powietrze, wznosząc hałas i niepokój wśród zasypiającej wsi. Jeden z partyzantów Zentel robi uskok na druga stronę drogi i dostaje serię z automatu. Pada martwy w przydrożnym rowie. Niemcy zajmują pozycje obronne w rowie i prowadzą silny ogień, jeden z nich pada zabity. Pod gradem kul Niemcy nie wytrzymują i wycofują się, ostrzeliwują się ostro, oświetlając pole rakietami świetlnymi. Jeden z partyzantów , plutonowy zostaje ranny. Niemcy znikają w mroku nocy. Wśród nich jest dwóch zabitych. Partyzanci nie rozpoczynają pościgu.
Wśród ludności Nasutowa zapanował strach. Kule, które uderzały w ściany domów i dachów, huk wystrzałów wywoływał grozę. W odległości ok. 100 m od miejsca potyczki znajdowała się szkoła, w której mieszkała rodzina Jana Filipka. On był kierownikiem szkoły, jego żona nauczycielką. Filipkowie mieli dwie córki 11 letnią Annę i 6 letnia Jadwigę. W szkole mieszkała też przygarnięta przez rodzinę Filipków Stasia, która pełniła funkcję woźnej, sprzątaczki i gosposi. Gdy zaczęła się strzelanina wszyscy mieszkańcy położyli się na podłodze przy ścianie pod oknem. W pokoju było jedno okno od południa. Żeby polepszyć warunki oczekiwania położyliśmy na podłodze poduszki i kołdry - mówi Anna Filipek /obecnie Ściseł/. Tylko 6 letnia Jadwiga, młodsza córka Filipków spała na łóżku. Nie wiedziała więc, co się w obecnej chwili dzieje, a rodzina na chwile o niej zapomniała. Pani Filipkowa – mama Jadzi postanowiła ją zabrać w bezpieczne miejsce - do pozostałych. Ściągnęła dziecko z łóżeczka, poruszając się w pozycji schylonej. Rozbudzone dziecko szarpnęło się i wypadło z rąk. Matka szybko się schyliła. W tym czasie kula z impetem rozbiła szybę w oknie, przeleciała nad głową troskliwej matki i wbiła się w prawe drzwi szafy na wysokości 1 m. Gdyby Jadzia nie wypadła z rąk, a Filipkowa nie schyliła się po nią, kula przeszyłaby jej ciało.
Bitwa, tak jak szybko się zaczęła tak i szybko się zakończyła. Partyzanci uszli w kierunku lasu. Nie odeszli jednak daleko. Może dwieście, może trzysta metrów od miejsca potyczki. Upatrzyli sobie stodołę rolnika Szczygła Piotra i tam się zamelinowali, zajmując miejsca na przetrze nad sklepiskiem. Postanowili tutaj przenocować.
We wsi zapanowała cisza. Mieszkańcy wrócili do domów. Gdzieniegdzie było tylko słychać ciche odgłosy zwierząt gospodarskich. Noc powoli koiła niepokój związany z bitwą we wsi. Księżyc dawno skrył się w chmurach, tylko gwiazdy swą jasnością oświetlały ciemną noc. W powietrzu wisiał niepokój. Po takich zdarzeniach można było się spodziewać odwetu ze strony Niemców. Cisza nocna nie przekładała się na ciszę myśli mieszkańców wsi. Głęboki niepokój zawładnął ich myślami Ten niepokój był uzasadniony.
W środku nocy do wsi przybyła niemiecka ekspedycja karna. Przyjechali samochodami z posterunków w Lublinie i w Lubartowie. Po cichu podsunęli się do wsi, otaczając ją gęsta tyralierą. Zachowywali się bardzo cicho, ukrywając się za drzewami w zbożu, stali pod ścianami budynków, przy głównym gościńcu..
Kilku z nich podpaliło wiatrak uprzednio oblewając go łatwopalną substancją., który stał w pobliżu miejsca potyczki, 100 m od bitwy nocnej w kierunku na Lublin. Języki ognia szybko pięły się po drewnianej budowli, oświetlając wieś. Pożar nie umknął mieszkańcom wsi, blask ognia i światło jego były widoczne z dużej odległości. Widać było kręcące się postacie przy płonącym budynku.
Poderwali się strażacy ze straży pożarnej, z domu wybiegli rolnicy wyznaczeni jako wozacy do transportu sprzętu gaśniczego. Każdy pospiesznie szykował się do walki z ogniem nie dostrzegając ukrytego zagrożenia. Przecież palił się wiatrak Woźniaka, trzeba ratować sąsiada.
Każdy, kto podszedł do płonącego wiatraka, lub wyszedł na drogę do wsi został uznany za bandytę i aresztowany. Aresztanci pod lufami karabinów niemieckich stali w sąsiedztwie grupie w niedalekim sąsiedztwie płonącego wiatraka. Niemcy tez penetrowali mieszkania. Tam gdzie było dwóch mężczyzn jednego zabierali. Tak było z blacharzem z Lubartowa, który krył w Nasutowie dach oraz z Sadurskim Janem. Następnie Niemcy zaprowadzili wszystkich zatrzymanych na plac, gdzie przed północą toczyła się bitwa. W grupie tej było 10 dorosłych i jedno dziecko.
Błagania rodziców o uwolnienie dziecka nie przyniosły rezultatu. Wtedy jeden z aresztantów – Gruda Ignacy, podszedł do grupy Niemców i w polskim języku serdecznie poprosił o uwolnienie chłopca mówiąc: Panowie zwolnijcie tego chłopca. Przecież to dziecko, nic złego nie zrobiło. Czego ma ginąć. Niemcy też maja dzieci i też pragną, aby im się nic złego nie stało. Niech panowie go puszczą łaskawie. Ja bardzo o to proszę.
Wówczas jeden z żołnierzy niemieckich obrócił się do proszącego Grudy i powiedział: zwanzing fur zwei (dwadzieścia za dwóch). Po tych słowach podszedł do przerażonego chłopca, chwycił go za ramię, pchnął i kopnął. Kopnięcie było silne na tyle, że chłopiec się przewrócił. Strach zupełnie go sparaliżował i oczami grozy spojrzał na Niemca. Ten zawołał: Lus ( uciekaj). Chłopiec szybko pobiegł do domu.
Nadszedł wrześniowy ranek. Noc powoli ustępowała dniu. Słońce powoli wychodziło na firnament nieba, jakby chciało być świadkiem tragicznych zdarzeń, Jego promienie przebijały się przez chmury. Powietrze było ciepłe. Przerażeni ludzie szczególnie w domach, skąd pobrano zakładników ronili łzy i patrzyli na dalszy rozwój sytuacji przez szyby, delikatnie odsłaniając zasłony. Nigdzie w domach nie było widać blasku światła lampy.

Niemcy poprowadzili zakładników gościńcem w kierunku lasu, traktem na Dąbrówkę. W grupie było 10 osób. Pani Kramkowska idąc mocno szlochała. Powtarzała na głos: nie , nie, dlaczego ja ginę?, cóż ja zawiniłam?. Pozostali milczeli grobową ciszą. Wszyscy przeczuwali nadchodząca śmierć.
Gdy odeszli od wsi około 500 m od wsi, do miejsca, gdzie dzisiaj jest cmentarz w Nasutowie. Niemcy kazali się zatrzymać, rozkazano, aby uklęknąć, a następnie położyć się twarzą do ziemi, przysłaniając przedramieniem oczy. Każdy Niemiec miał swojego więźnia do roztrzelania. Padły strzały. Mordercy celowali w głowę oddając po trzy strzały do Polaków. Krew poplamiła ziemię. Następnie przystąpiono do sprawdzenia efektów egzekucji. Każdego rozstrzelanego ciągnięto za nogę i kopano. Jeśli ofiara się poruszyła, uniosła głowę dobijano ich dodatkowym strzałem. Jeśli była bezwładna i nie ruszała się uznawano, że zadano jej w sposób skuteczny śmierć. Kiedy ucichły jęki konających, Niemcy obrócili się i odeszli w kierunku wsi.
Gdy Niemcy odeszli na odległość około 100 m , z miejsca egzekucji uniosły się dwie głowy i dwie twarze zwróciły się do siebie, a oczy spojrzały w oczy. Dwie osoby podniosły się, i w słaniając się uciekli w kierunku lasu. Niemcy dostrzegli ten cudowny przypadek. Nie wywołało to z ich strony żadnych reakcji.
Widok był wspaniały i cudowny. Dwóch rozstrzelanych, ugodzonych kulami biegło w kierunku lasu. Byli to Jan Woźniak z Nasutowa/ do dzisiaj żyjący, słowa te piszę w styczniu 2004 roku/ oraz blacharz z Lubartowa./ po wielu latach od okupacji udało się ustalić jego nazwisko imię Edward Grysiewicz/.
Woźniak Jan uciekł do lasu, koledzy z organizacji Bataliony Chłopskie widzieli go uciekającego. Szybko zorganizowano pomoc. Zaprowadzono go do lekarza do Folwarku – do pana Ejsmonta Trzy kule trafiły Jan Woźniaka – jedna przeorał policzek, druga przeszła za uchem, trzecia z lewej strony przeszyła obojczyk. Lekarz opatrzył rany. Następnie zawieziono go do Szpitala Jan Bożego do Lublina. Tam ranny spędził kilka dni, doszedł od siebie i wrócił do swojej wsi. Długo odczuwał skutki ran. Długo chorował. Również została nadszarpnięta jego psychika. Do końca okupacji unikał Niemców, nawet, gdy widział ich z daleka wywoływał w nim ten widok niepokój.
Jan Woźniak tak relacjonuje swoje rozstrzelanie: Kiedy kule trafiały w moje ciało odczułem ból, którego nie sposób wyrazić słowami. Ból był niesamowity Straciłem przytomność. Nie wiem jak długo leżałem i co się działo wtedy. Kiedy Niemcy odeszli podnieśliśmy głowy we dwóch, spojrzeliśmy na siebie. Drugi to był blacharz z Lubartowa. Niemcy patrzyli na nas, a my na nich, widzieli, że się podnieśliśmy. Ostatnimi siłami uciekaliśmy w kierunku lasu.
Drugi z postrzelonych Edward Grysiewicz, który przebywał zawodowo w Nasutowie. Krył dach u jednego z gospodarzy został postrzelony w szyję, tak, że kula przeszła przez język i uszkodziła kości szczeki. Początkowo uciekał w kierunku lasu, potem wrócił do wsi. Ludzie przewieźli go do Szpitala Powiatowego w Lubartowie. Tutaj został wyleczony. Jego losy nie są dokładnie znane. Wiadomo, że wyzwalał Lubartów z polską armią, później przebywał w Lubartowie. Grał w klubie piłkarskim Lewart, mieszkał w okolicy stacji kolejowej. Na jego twarzy był widoczny ślad postrzału. Szczeka zrosła się krzywo, trochę niefortunnie. Otwór ust po wyleczeniu był tak mały, że mógł jeść głównie potrawy płynne. Ale żył i pracował kilka lat. W czasie chłodnej jesieni, kryjąc dach w Sernikach przeziębił się tak mocno, że zmarł. Było to w latach pięćdziesiątych.
Niestety nikt więcej nie przeżył.
3 września 1943 roku w Nasutowie zostali rozstrzelani:
I. Na górce, przy gościńcu dąbrowieckim:
1. Goral Adam – rolnik
2. Gruda Ignacy – rolnik
3. Sadurski Jan – rolnik
4. Lipieński Marian- robotnik rolny
5. Kramkowska Irena – nauczycielka
6. Mikołajczyk C. – rolnik
7. Mikołajczyk A. – rolnik
8. Świeboda Jan – rolnik
9. Woźniak Jan – rolnik – przeżył rozstrzelanie
10. Grysiewicz Edward – blacharz z Lubartowa- przeżył rozstrzelanie
II. Rozstrzelani za własna stodołą:
1. Marczak Józef – rolnik
2. Marczak Józefa – rolnik
3. Drozd / ojciec/ -rolnik
4. Drozd/matka/ - rolnik
5. Drozd/dziecko/
6. Osowski – robotnik rolny


III. Zamordowani w pobliżu sklepu Marczaka Szczepana:
1. Filipowicz z Lubartowa / pracowal w Nasutowie/
2. Mężczyzna /partyzant nieznanym nazwisku/

Ogółem zabitych zostało 16 osób, dwie cudownym przypadkiem uratowane, uratowany prośbami ocalał 7 letni Zdzicho Marczak.
Daleko było jeszcze do pełni dnia, kiedy Niemcy załadowali się na samochody i odjechali. Widok, jaki pokazał się mieszkańcom był przejmujący. W rowie przy mostku, na miejscu nocnej bitwy leżał Filipowicz. Za własną stodołą w pobliżu rozłożystej jabłoni leżeli Marczakowie. Na kolonii, w sadzie pod drzewami troje Drozdów , i ich parobek. Na wzgórzu przy drodze na Dąbrówkę na północ od starej szkoły, leżało osiem ciał. Nikt z zabitych nie miał broni, nie wykonano nad nimi sądu. Nikt nie zrobił nic złego.
Żałość, łkanie i ból towarzyszyły rodzinom zabitych,. Każda z rodzin zabierała ciało swojego bliskiego. Pani Eugenia Zygmunt córka zamordowanego Gorala Adama tak opowiada :
Ojciec jak zobaczył pożar wiatraka pobiegł gasić , był strażakiem. Mamusia błagała, aby nie wychodził, Nie posłuchał. Niemiec stał niedaleko od naszego domu, strzelił w powietrze i zabrał ojca pod lufą karabinu. Po rozstrzelaniu, gdy odjechali Niemcy, przywieziono furmanka ojca ciało. Kula przeszła przez głowę i wyszła policzkiem. Każdy zabity został pochowany w Kościele w Dysie. Chowano ich na oddzielnych mszach. Proboszczem wtedy był ks. Stanisław Witkowski, Wikarym Ks. Ziarko.
Po kilku dniach do wsi dotarła wiadomość, że Niemcy obeszli się „łagodnie” z mieszkańcami wsi. Początkowo planowali spalić wieś i wybić wszystkich mieszkańców. Odstąpili od tego zamiaru.
Partyzanci w czasie trwania pacyfikacji przebywali w stodole. Zdawali sobie sprawę, że nieliczny oddział, tylko z jednym karabinem maszynowym, niewielką ilością amunicji i kilkoma granatami, nie jest w stanie stawić oporu tak silnemu oddziałowi Niemców. Ich postawę należy ocenić jako rozumną. Zachowali swoje życie. Bierna ich postawa spowodowała, że wieś Nasutów ocalała z totalnej pacyfikacji.
Na podwórku Szczygła Piotra w czasie pacyfikacji byli Niemcy, pytali , czy w stodole nie ma partyzantów, grozili. Gospodarz otworzył wierzeje stodoły i powiedział ,że nikogo tam nie trzyma. Niemcy spojrzeli przez wrota stodoły i nie weszli do środka. Drzwi do stodoły gospodarz zamknął dopiero po odejściu Niemców. Dopiero wieczorem po odejściu Niemców, obawiając się, że wieś może być obserwowana przez szpiclów, w osłonie nocy partyzanci wyszli ze stodoły i odmaszerowali w kierunku lasu.
We wsi został strach, żal, smutek, gorycz szczególnie w rodzinach pomordowanych.
Przyszły dni żałoby, radość zastąpił smutek, uśmiech powaga twarzy. Przyszłość w myślach mieszkańców rysowała się mało pozytywnie.
Niemcy uznali, że Nasutów nie może zostać w spokoju. Wieś ta po ostatnich wydarzeniach była dla nich niebezpieczna. Ta opinia ciążyła na losach Nasutowa do końca okupacji. Od dnia 3 wtrześna 1943 roku wieś Nasutów stała się wsią karną, podlegająca stałemu dozorowi ze strony Niemców.



Tyle zła i cierpienia dotknęło ludzi
Tylu dobrych mężów i żon już się nie obudzi
Smutek żal i trwoga w serca ludu zawitała
Radość na wiele miesięcy ze wsi się zabrała
Lecz Boża opieka niesłychanie sprawiła
Że dwa życia przed rozstrzelaniem obroniła
Cicha, piękna wieś, którą otacza las
Stała się symbolem człowieka męki po wieczny czas..

Jan Stanisław Ściseł
 


Opowiadanie to dedykuje mojemu dziadkowi Janowi Filipkowi, który od 1935 roku do 1957 roku żył wśród tak bliskich mu Nasutowiaków, a później wśród ukochanej społeczności niemieckiej.


Jan Filipek

HISTORIA JEDNEJ ZABŁĄKANEJ KULI


Urodziłem się zbyt późno, żeby znać te wydarzenia z własnych przeżyć. Ale urodziłem się w rodzinie, gdzie tradycja domu rodzinnego była „rozniecana” w czasie domowych spotkań i wizyt. Głównym motorem tej działalności był mój dziadek Jan Filipek.
Dziś sięgam do pamięci i odtwarzam zdarzenia zasłyszane z ust tych, co byli ich świadkami i przekazuje następnym pokoleniom „Historię jednej zabłąkanej kuli”.
Zdarzenie to miało miejsce 2 września 1943 roku w podlubelskiej wsi, położonej na północ od Lublina o nazwie Nasutów. Patrząc historycznie był to czas II Wojny Świtowej. W owym czasie potęga niemieckiej armii zaczęła przygasać. Armia Radziecka rozpoczęła swój marsz w kierunku Berlina. Natomiast ziemie polski były całkowicie pod okupacją wojsk niemieckich. Panował ogólny terror i strach. Na ziemiach Polskich w tym czasie mocno nasilił się ruch oporu przeciwko Niemcom. Przybierał on ramy szeroko zakrojonej i zorganizowanej akcji z udziałem różnych organizacji bojowych , których celem głównym była walka z niemieckim najeźdźcą .
Na terenie gminy Niemce była partyzantka.. Była też ona w miejscowości Nasutów. Naturalną siedzibą partyzantów stały się Lasy Kozłowieckie – duży kompleks leśny położony na północ od Lublina.
Dnia 2 września 1943 roku, wieczorem, kiedy zaczął zapadać zmrok do wsi niepostrzeżenie wkroczył oddział polskich partyzantów. Trudno określić, co to była za organizacja bojowa. Wiadomo od mieszkańców, że w oddział liczył 14 uzbrojonych mężczyzn. Mieli ze sobą broń maszynową. Przybyli oni od strony lasu gościńcem dąbrowieckim – od strony Dąbrówki. Do dziś jest to nieutwardzona droga łącząca Nasutów z Dąbrówką, która kilka kilometrów wiedzie przez piękne Lasy Kozłowieckie. Partyzanci szli równym miarowym krokiem, jeden za drugim. Weszli do wsi i zatrzymali się przy sklepie Szczepana Marczaka . Poprosili o przygotowanie kolacji. Zamówili jajecznicę z kiełbasą. Weszli do mieszkania przy sklepie, zostawiając dwóch kolegów na warcie. Pozostawieni mieli ze sobą broń maszynową. Gdy gospodyni przygotowywała posiłek nagle zaterkotał karabin maszynowy. Partyzanci wybiegli z domu na zewnątrz.
W czasie, gdy partyzanci przebywali w domu Marczaków, niepostrzeżenie od strony Dysa nadjechali Niemcy. Miejscowa ludność twierdzi, że byli do „ciecierscy” Niemcy, to znaczy ci, którzy stacjonowali w Ciecierzynie. Przyjechali od strony Dysa.. Trudno powiedzieć, kto pierwszy zaczął strzelać, natomiast bardzo szybko rozgorzała walka na całego. Serie pocisków i pojedynczych strzałów pruły powietrze, wznosząc hałas i niepokój wśród zasypiającej wsi.


Rysunek starej szkoły w Nasutowie. Autor: Jan Filipek


W odległości ok. 100 m od miejsca potyczki znajdowała się szkoła, w której mieszkała rodzina Jana Filipka. On był kierownikiem szkoły, jego żona nauczycielką. Filipkowie mieli dwie córki 11 letnią Annę i 6 letnia Jadwigę . W szkole mieszkała też przygarnięta przez rodzinę Filipków Stasia, która pełniła funkcję woźnej, sprzątaczki i gosposi. Gdy zaczęła się strzelanina wszyscy mieszkańcy położyli się na podłodze przy ścianie pod oknem. W pokoju było jedno okno od południa. Żeby polepszyć warunki oczekiwania położyliśmy na podłodze poduszki i kołdry - mówi Anna Filipek /obecnie Ściseł /. Tylko 6 letnia Jadwiga, młodsza córka Filipków spała na łóżku. Nie wiedziała więc, co się w obecnej chwili dzieje, a rodzina na chwile o niej zapomniała. Pani Filipkowa – mama Jadzi postanowiła ją zabrać w bezpieczne miejsce - do pozostałych. Ściągnęła dziecko z łóżeczka, poruszając się w pozycji schylonej. Rozbudzone dziecko szarpnęło się i wypadło z rąk. Matka szybko się schyliła. W tym czasie kula z impetem rozbiła szybę w oknie, przeleciała nad głową troskliwej matki i wbiła się w prawe drzwi szafy na wysokości 1 m. Gdyby Jadzia nie wypadła z rąk, a Filipkowa nie schyliła się po nią, kula przeszyłaby jej ciało – prawdopodobnie głowę. Moja babcia prawdopodobnie zginęłaby od jednej zagubionej kuli z bitwy w Nasutowie.
Historia opowiadana przeze mnie do tej pory była znana tylko w wąskim gronie. Słyszałem ją wiele razy w czasie spotkań rodzinnych.
Dziś nie ma już Jana i Janiny Filipów – umarli kilkanaście lat temu a zwłoki ich spoczywają na cmentarzu w Niemcach. Nie ma też budynku, w którym opisywane zdarzenie miało miejsce. W tym miejscu wybudowano nowy. Mieściła się w nim remiza strażacka, obecnie budynek wynajęto na dom weselny.
Cóż stało się z szafą? Najpierw przewieziono ją do nowego domu Filipków w Niemcach. Stała w pokoju, gdzie i ja spałem przez kilka lat. Patrzyłem na dziurę po kuli i dziękowałem Bogu za to, że ocalił od śmierci moją babcię.


Dom wybudowany w latach 50-tych przez dziadków
Jana i Janinę Filipków /przy udziale córek i społeczności Nasutowa/ w Niemcach – szafa stała na dole w pomieszczeniu ze skrajnie prawym oknem. /zdjęcie wykonał Jan Ściseł/


Potem przeniesiono szafę do komórki. W międzyczasie ja wyprowadziłem się ze swoją rodziną do Lubartowa. Pewnego dnia postanowiłem, że napiszę opowiadanie o wydarzeniach sprzed 60 lat. Chciałem zrobić zdjęcie śladu po kuli w szafie. Chciałem popatrzyć na wybity w drewnie niemiecką kulą „ślad” przeszłości moich bliskich. Okazało się, że nie ma już ani komórki, nie ma też już szafy. Komórkę rozebrano a szafę spalono. Ślad po niemieckiej kuli spłonął w ogniu czasu.
Pozostały wspomnienia , tych którzy przeżyli opisywane zdarzenia oraz tych co wsłuchiwali się w opowieści snute w rodzinnym gronie. Pomyślałem, ze muszę ocalić od zapomnienia pamięć tamtych chwil, żeby moje dzieci mogły przekazać swoim dzieciom, a te następcom historię jednej kuli, która utkwiła w drzwiach szafy. Wiem, że jak woda potrzebna jest do życia, tak tożsamość rodziny, społeczeństwa stanowi o ich sile. Rodzina, społeczeństwo bez tożsamości, to jak drzewo pozbawione korzeni. Suchy pień i konary są narażone na szkodniki i choroby. Moje dzieci nie będą suchymi konarami.


JAN ŚCISEŁ

W opowiadaniu wykorzystałem wspomnienia : Jana Filipka, Janiny Filipek, Anny Ściseł z domu Filipek, Jadwigi Włodarczyk z domu Filipek.
 


Nie doszedł do domu

Było to pewnego wrześniowego dnia 1939 roku. Nad polami wsi podlubelskiej zwanej Nasutów wiła się gęsta mgła, przez którą przebijały się silne promienie słoneczne. Powoli mrok ustepował dniu.
W tym dniu armia niemiecka zajęła miasto Lublin. Przeważajace siły Germańskiej Armii sukcesywnie zajmowały tereny Polski. Dla mieszkańców Nasutowa nadchodziły dni niewoli, jakże niepewnie. Zastanawiano się jacy będą Ci Niemcy- łagodni, czy surowi, przyjaźni, czy nastawieni wrogo. Do tej pory kojarzono ich negatywnie z Zakonem Krzeżackim, który tak bezwzględnie nawracał pogan/ Krzyżacy nosili na białych płaszczach czarne Krzyże/. Następcy tego zakonu /Wermacht/ nosili na klamrach pasów napis „Got mit uns”- Bóg jest z nami. Czy tylko z nimi? Przecież Nasutowiacy wierzyli i wierzą w tego samego Boga .
17 września 1939 roku od Wschodu osłabioną już Polskę niemiecką inwazją zaatakowała Armia Radziecka. Spowodowało to ogólny chaos. Z jednej strony Niemcy, z drugiej Rosjanie. Wiele pojedynczych osób przemieszczało się na Wschód , potem wracali na Zachód przepłoszeni przez Rosjan.
Do domów wracali zdezorganizowani, zdezorientowani żołnierze Polscy. Dowódcy zostawili ich samotnych uciekając do Rumunii. Do domów wracali żołnierze, którzy na apel naczelnego dowództwa Polskiej Armii poszli ochotniczo w stronę Kowla i Wołkowyska, jako do ostatnich punktów zbornych dla nowej formacji obronnej. Szli do swoich rodzinnych domów, mijając jeszcze wolne wsie. Często zbaczając z głównych traktów ze strachu przed Niemcami. Nie mieli przecież ubrań cywilnych. Byli łatwo rozpoznawalni. Byli w końcu znienawidzeni przez wroga niemieckiego.
Tego dnia do wsi Nasutów dotarł nieznany polski żołnierz. Przyszedł od strony Folwarku Hrabiego Zamojskiego polną drogą. Zaszedł do chałupy Kozłowej i poprosił o posiłek i nocleg . Gospodyni zaprosiła go do środka i posadziła go na taborecie.
Kozłowa mieszkała na Niwce, niedaleko od starej szkoły. Idąc od wsi w kierunku Stawów Wzorów była to po lewej stronie drogi./ dziś w miejscu starej szkoły stoi remiza, dom weselny, Niwka zaś to część wsi Nasutów połozona od strony boru/. Mieszkańcy wsi mówili na Kozłową - „Panie Święty”, gdyż w swoich wypowiedziach bardzo często używała tych słów. Kozłowa Panie Święty była też znana z tego, że wyprowadzała umarłych do krzyża , gdzie wspaniale ich żegnała, tak pięknie mówiła, że ludziska płakali rzewnymi łzami. Dziś już nie żyje - pochowana została na cmentarzu w Dysie.
Żołnierz usiadł na taborecie i zaraz został zasypany gradem pytań ciekawej kobiety. Pytała się „skąd idzie?”. Odpowiedział, że z okolic Włodawy, bo tam ze swoim oddziałem stoczył ostatni bój. Z uwagi na brak amunicji zostali rozbici przez Niemców. Niemcy brali wszystkich do niewoli, ale jemu udało się uciec. Schował się w krzakach. Tam też zostawił karabin i pas i umknął w gęste zarośla. Najpierw nocował w zabudowaniach niedaleko od miejsca potyczki z Niemcami. Na drugi dzień bocznymi drogami i ścieżkami poszedł na zachód kierując się do swojego pięknego rodzinnego Nałęczowa.
Kozłowa stwierdziła, że z Nasutowa do Nałęczowa to już niedaleko. Ona sama kilka razy jeździła do doktora do Nałęczowa. Jeździ tam też wiele osób z Nasutowa. I tak rozmawiając zaczęła się krzątać. Najpierw przygotowała wodę do umycia, później postawiła posiłek przed utrudzonym żołnierzem. Żołnierz umył twarz i ręce, zasiadł do stołu w ciszy spożył posiłek. Potem przyszedł czas na spanie. Kozłowa „Panie Święty „ przygotowała na podłodze posłanie. Położyła snopek słomy, na nim rozciągnęła prześcieradło i poduszkę. Utrudzony żołnierz, gdy położył się na szybko przygotowanym łóżku zasnął twardym i bezpiecznym snem.
Noc przebiegła spokojnie.
Rankiem żołnierz umył się, zjadł śniadanie. Podziękował Kozłowej za życzliwe przyjęcie. Założył płaszcz, na głowę wcisnął furażerkę z orzełkiem, wcisnął buty na stopy, przełożył przez ramię chlebaki zamykając drzwi ruszył w drogę do rodzinnej miejscowości, do ukochanego domu.
Kozłowa ostrzegała go, żeby zaczekał. Zrobi się jasno, będzie większy ruch na drodze, łatwiej i bezpieczniej będzie wracać. Żołnierzowi spieszno było do domu, nie usłuchał rad gospodyni i poszedł……”Szczęśliwej drogi” - życzyła mu Kozłowa.
Gdy żołnierz uszedł około 100 m od miejsca noclegu, zza górki od strony lasu dobiegł warkot silnika samochodu. Pomyślał – Niemcy – któż inny mógł jechać w 1939 roku samochodem we wsi Nasutów. Żołnierz szybko skręcił z drogi w pole buraków. Warkot silnika nasilał się. Żołnierz ze strachem obejrzał się i dostrzegł kształt niemieckiego samochodu, a nim czterech żołnierzy. Za lewym bokiem pojazdu wystawała lufa karabinu maszynowego.
Jestem tak blisko Niemców, muszę uciekać zapewne takie myśli kłębiły się w jego głowie. Postanowił jednak ukryć się w liściach buraków. Runął jak długi na ziemie i przytulił się ciałem do niej. Warkot pojazdu ciągle się nasilał. Nagle żołnierz zerwał się na nogi i zaczął uciekać. Rzucił się w stronę parkanu i żywopłotu okalającego budynek szkolny. Przebiegł ze 30 metrów. Wtedy doszedł do jego uszu odgłos serii niemieckiego karabinu maszynowego, a bezwzględne kule przeszyły jego ciało. Niemcy strzelali do niego jadąc samochodem, jak do zająca.
Postrzelony dwunastoma kulami w połowie tułowia upadł na zielona murawę. Śmierć przysłoniła mu jedno oko, drugie miał otwarte. Może dostrzegł w nim podchodzącego Niemca, który pochylił się nad rozstrzelanym, aby upewnić się czy jego ofiara jest martwa. I to może była ostatnia chwila jego życia. Bezbronny żołnierz zginął tak blisko ukochanej rodziny i ukochanego domu.

„O żołnierzu, wędrowniczku, gdybyś w tych burakach siedział,
nigdy by się o Tobie Niemiec nie dowiedział. – Jan Filipek
Gdybyś ciało w ziemię wtulał,
Może jutro byś żonę swą w domu przytulał” - Jan Ściseł


Strzały z automatu zaciekawiły mieszkańców wsi, ale nikt nie pojawił się na drodze. Strach przed Niemcami był silniejszy, niż ciekawość. Dopiero, gdy ucichł warkot odjeżdżającego pojazdu z Niemcami mieszkańcy powychodzili z domów. Sypnęły się komentarze i pytania. „Do kogo strzelano”? Najpierw przypuszczano, że zabito kierownika szkoły Jan Filipka, widząc leżące ciało na łące szkolnej. Gdy ludzie podeszli bliżej dostrzegli zielony kolor polskiego munduru. Pierwszymi osobami przybyłymi na miejsce zdarzenia, do ciała żołnierza byli Józef Szczepański i Stefan Ćwikła. Gdy upewnili się, że żołnierz nie żyje przejrzeli mu kieszenie. W nich znaleźli dokumenty wojskowe z imieniem i nazwiskiem oraz adresem. Dziś trudno dociec, jakie to nazwisko. Nieznany jest szczegółowy adres żołnierza. Wiadomo, że szedł do domu do Nałęczowa.
Kilka minut po zabiciu żołnierza na miejsce dotarła córka kierownika szkoły Anna Ściseł/ domu Filipek /, która tak przekazuje to co zobaczyła:
Zaraz tez zbiegli się ludzie, ja też przybiegłam z nimi, miałam wtedy 7 lat i byłam bardzo ciekawa. Widziałam tego żołnierza leżącego na szkolnej łące, na trawie. Był wysoki, miał około 180 cm wzrostu. Miał okrągłą twarz, małą. Włosy miał bardzo krótkie, jak to się mówi na jeża. Zapamiętałam go jako wysokiego wysokiego i szczupłego mężczyznę.
Ubrany był w zielony mundur. Płaszcz miła krótki. Na nogach miał trzewiki. Nad nimi były owijacze opasujące ciasne końcówki spodni do kolan. Owijacze zastępowały cholewy butów, sięgały do kolan. Czapki to dobrze nie widziałam, ale później się dowiedziałam, że była to czapka z orzełkiem. Koło ciała żołnierza leżał chlebak.
Tego dnia pochowano żołnierza. Nasutowianie ofiarowali deski, zbili trumnę, wyłuszczyli ją wiórkami, położyli do niej martwe ciało żołnierza wędrownika, który był tak blisko rodzinnego domu i nigdy nie dotarł do niego. Do trumny położono go w mundurze podziurawionym Niemieckimi kulami. Czerwona krew mocno pomalowała mundur. Na nogach miał buty żołnierski a obok głowy położono czapkę z orzełkiem.
Ktoś położył do trumny dwa astry – biały i czerwony. Mieszkali godnie pożegnali żołnierza. Był orzeł biały, były polskie flagi żałobnymi wstęgami. Były tez słowa hymnu” Jeszcze Polska nie zginęła…”.
Pochowano go na cmentarzu w Dysie.
Po pewnym czasie przyjechała rodzina żołnierza z Nałęczowa / żona /. zabrali zwłoki żołnierza. W Nasutowie pozostało miejsce na szkolnej łące, gdzie zginął Polski żołnierz, który nie dotarł do rodzinnego domu, do Nałęczowa, choć tak mocno tego pragnął.


Autor: Jan Stanisław Ściseł
Opowiadanie napisano na podstawie wspomnień pozostawionych przez Jan Filipka mojego dziadka, oraz wspomnień Anny Ściseł z domu Filipek.
Lubartów grudzień 2003 rok
 


Samolot w słomie


Był ciepły wrześniowy dzień, jeden z pierwszych dni wojny w 1939 roku.
Nad dachami Nasutowa pojawił się niewielki samolot, dwupłatowiec. Wykonał badawczo kilka okrążeń nad wsią, oddalił się w kierunku lasów Kozłowieckich, jakby wypatrując czegoś na ziemi. Szybujący samolot obniżył lot, dokładnie badając teren, jakby szukając dogodnego miejsca do wylądowania. Silnik pracował równo, nie było widać gołym okiem żadnych uszkodzeń w samolocie. Raptem pilot zniżył lot, i powoli z gracją osiadł na ściernisku po zżętym i zabranym zbożu. Było to na polu pod lasem.
Z samolotu wysiedli dwaj piloci.
Mieszkańcy Nasutowa początkowo pochowali się w domach. Sądzili, że to samolot wroga. Dopiero przy drugim okrążaniu wsi przez samolot ludzie rozpoznali polski dwupłat, szybko więc wróciła ufność i ciekawość. Licznie wylegli na gościniec. Zaraz rozpoczęły się domysły i sypnęły pytania. Padło stwierdzenie, że może to Niemcy w polskiej maszynie, może podszyli się za Polaków. Ktoś odpowiedział, że na pewno nie, Niemcy baliby się zapędzać w te rejony. Lubelszczyzna w tym czasie była jeszcze wolna.
Po wylądowaniu lotnicy zabezpieczyli samolot. Przywitali się z ludźmi wypytując jaka to miejscowość. Od razu wzbudzili zaufanie mówiąc płynną polszczyzną. Również strój świadczył, że to lotnicy polscy. Mieli na sobie niebieskie mundury, błękitne czapki z orzełkiem uskrzydlonym, brązowe trzewiki na nogach, pas ze sprzączką, oraz lekkie uzbrojenie.
Lotnicy poinformowali, że musieli lądować z uwagi na brak paliwa. Powiedzieli, że zostawiają samolot pod opiekę ludzi, a sami pójdą do Lublina w poszukiwaniu benzyny. Postarają się wrócić za dzień, za dwa. Jan Goral zadeklarował się zaopiekować samolotem.
Szczególne zainteresowanie samolotem wykazywały dzieci, pilnie przyglądając się i obchodząc go dookoła. Po pewnym czasie, gdy starsi i dzieci nasyciły swą ciekawość samolot pozostał sam. Stał tak w polu trzy doby .
W tym czasie front walk zbliżał się do Lubelszczyzny. Zastanawiano się co zrobić z samolotem. Ostatecznie mieszkańcy Nasutowa uradzili, że trzeba samolot ukryć.
Kilku sąsiadów wzięło długie liny i przy ich pomocy przyciągnęli do wsi samolot. Umieszczono go za stodołą Jan Gorala, pod wysokimi sokorami. Dziś nie ma budynków w tym miejscu, dlatego dokładniej opiszę miejsce ukrycia samolotu. Jest to około 100-200 m od drugiego zakrętu, jadąc w stronę Krasieniena po lewej stronie, naprzeciwko domu drewnianego Pani Zygmuntowej. Samolot przykryto słomą, aby ukryć go przed oczami Niemców.
Po kilku dniach Niemcy zajęli Lubelszczyznę, pojawili się tez kilkakrotnie w Nasutowie .
Samolot stał cały czas przykryty, ale gospodarzowi była potrzebna słoma i sukcesywnie używał jej do celów gospodarczych. W wyniku tego sterta malała, a kształty samolotu powoli zaczęły wyglądać zza słomy. Z czasem widoczne stały się skrzydła i ogon samolotu. Widać je było z głównego gościńca, którym często przejeżdżali Niemcy i bacznie obserwowali teren.
Pewnego październikowego dnia Niemcy wypatrzyli samolot jadąc w kierunku Krasienina. Zatrzymali się, poszli do posesji na której stał. Jeden z nich zapytał gospodarza Jana Gorala : Polnisch? Zapytany potwierdził skinieniem głowy.
Wówczas Niemcy usunęli z samolotu resztki słomy. Podjechali samochodem, do którego przyczepili ogon samolotu i wyciągnęli go na drogę. Następnie gościńcem przyholowali go pod remizę strażacką, znajdującą się w pobliżu kapliczki w samym sercu wsi. Pozostawili samolot na łące Stefaniaka Antoniego. Prezentował się okazale z polskimi szachownicami biało-czerwonymi na skrzydłach i ogonie.
Cała sytuacja związana z transportem i ustawieniem samolotu wywołała zaciekawienie społeczności Nasutowa – zeszło się kilkoro dorosłych i dzieci. Zastanawiano się co zrobią Niemcy z samolotem. Dzieci zaglądały do środka. Dorośli czekali na rozwój sytuacji.
Natomiast w pewnym momencie Niemiec przemówił po polsku: Możecie ten samolot rozebrać. Niemcy obrócili się odeszli w kierunku samochodu i za chwalę odjechali.
Niemcy zostawili samolot, tak go łagodnie potraktowali. Zastanawiano się co zrobić ? Czy spełnić nakaz Niemców? Nikt jednak nie śmiał „skrzywdzić” polskiej powietrznej maszyny. Na łace Stefaniaka samolot przestał dwa dni i dwie noce.
Trzeciego dnia do wsi na koniach przyjechało dwóch Niemców, zapewne z Ciecierzyca gdzie stacjonował oddział stały liczący 12 osób, często uzupełniany kilkunastoma zmieniającymi się policjantami. Był to posterunek Schutzpolizei.
Niemcy pożyczyli od jednego z gospodarzy siekierę i zniszczyli śmigło, odrąbując jego ramiona wykonane z drewna. Niemcy zdarli też polskie szachownice ze skrzydeł i ogona samolotu. W tych miejscach zaświeciła stalowa aluminiowa blacha. Smutny widok przedstawiał samolot. Smutno się zrobiło na jego widok mieszkańcom Nasutowa.
Okaleczony samolot nie stanowił już dużego znaczenia dla mieszkańców. Zaczęły pojawiać się komentarze – jak mają go rozebrać Niemcy, to zróbmy to my mieszkańcy. Wiele elementów można wykorzystać do różnych pożytecznych celów. Tak się też stało. Ludzie ruszyli ze śrubokrętami, piłkami, aby odkręcić czy wyciąć upatrzony element. Jednego dnia przyszli jacyś fachowcy, podobno z Dysa. Wykręcali cały silnik, aż do wieczora. Przed nocą końmi wywieźli go w kierunku Dysa. Samolot topniał w oczach. Przyszedł moment, że nie zostało nic oprócz aluminiowego zbiornika, który z uwagi na swój kształt, nie był dla nikogo przydatny. Chłopcy przywlekli zbiornik do rowu szkolnego. Kierownik szkoły Jan Filipek schował go. Kilkadziesiąt lat zbiornik przeleżał najpierw Nasutowie, później na działce w Niemcach, gdzie kierownik pobudował dom i przeprowadził się z rodziną w latach 50-tych.
Pamiętam zbiornik leżący za komórką. Prawdopodobnie w połowie lat 70-tych został wywieziony na złom.
Kiedy wróciłem myślami do samolotu, zapałałem wielką chęcią odszukania chociaż małego jego skrawka. Poszukiwania powiodły się. Znalazłem poduszkę skórzaną – o ironio losu u sąsiadki w Lubartowie, która mieszka naprzeciwko mojej posesji, - Pani Józefy Franczak z domu Goral, która pochodzi z Nasutowa. Moje myśli przypomniały sobie pewien przedmiot aluminiowy wykonany przez mojego dziadka - nazywam go nie fachowo dymnikiem na pszczoły – został on wykonany z blachy zbiornika aluminiowego. Mam go więc tez już w domu. Wierzę że znajdę inne elementy samolotu.
Na podstawie rozmów z osobami, które widziały samolot postanowiłem ustalić jego typ. Prawdopodobnie był to samolot obserwacyjny PWS – 26 lub PWS-35 produkowane w Lublinie. Był on na wyposażeniu polskiej armii 1939 roku.
Zapewne czas odkryje jeszcze pewne fakty dotyczące polskiej maszyny. Gdyby ktoś z czytelników dowiedział się o nowych faktach dotyczących polskiego powietrznego rumaka to z ciekawością go posłucham .
Dziwny był los tego samolotu, zwykle swój żywot kończyły w inny sposób – posiekane kulami, czy bombami. Samolot „umarł” inaczej. Mieszkańcy włożyli tyle starań, aby go uchronić przed wrogiem, jednak się nie udało.

Jan Ściseł
 


Zakręty historii

W rozmowie z literatem i pisarzem znanym w lubartowskim światku usłyszałem stwierdzenie, że historia często zatacza kręgi i może się zdarzyć, że znajdziemy się w takim samym miejscu historii , w jakim już byliśmy. Pomyślałem, no dobrze, ale jak mając lat trzydzieści kilka to stwierdzić. Może to zrobić historyk, a gdzie mnie tam do historyka. Owszem uczyłem się wzorowo, ale pamięć jest ulotna i natłok życiowych problemów, zawirowań , wielość zainteresowań sprawia, że człowiek zapomina wiele faktów i zdarzeń, które wcześniej gdzieś były zapisane. Trudno do nich dotrzeć i odtworzyć . Często w takich przypadkach przydaje się książka. Sięgnąłem do książki o tytule „Józef Piłsudski 1867-1935” wydanej w 1935 roku . W książce tej czytam

” W kraju potęguje się tymczasem i przybiera na sile niczym nie skrępowane samowładztwo. Sprawa Państwa i narodu tonie w trzęsawisku interesów partyjnych, wobec których rządy są bezsilne .Do ogólnego rozprzężenia dołącza się załamanie gospodarcze . Widmo inflacji zawisło nad krajem . Złoty zaczyna gwałtownie spadać .
Wszystkie wady i niedomagania państwowej organizacji ,całe zło , jakie zrodziło się z warcholstwa , widzi dobrze i ocenia Wódz Narodu . Analizując przyczyny tego zła , dochodzi do tragicznego wniosku :
W odrodzonym Państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu.”

Cytowany fragment dotyczy czasów, kiedy Polska dzięki uwarunkowaniom geopolitycznym i ogromnej roli Józefa Piłsudskiego odzyskała po wielu latach niewoli w 1918 roku niepodległość. Marszałek Piłsudski , gdy spełnił swoją ważną rolę odszedł ze sceny politycznej. Mimo, że mieliśmy wolną Polskę, Panowie na stolicy nie potrafili rządzić dla dobra narodu. Konieczny był powrót Marszałka do stolicy , W 1926 roku stanął do walki z głównym złem państwa , a mianowicie panowaniem skłóconych „partyj i stronnictw” .
Czy historia nie zatoczyła biegu ?, czy sytuacja z cytowanego fragmentu się nie powtórzyła? Wydaje mnie się że tak . Otóż po latach nadzoru ze strony Związku Radzieckiego, mimo że był to okres że Polska na mapie była, ale nie demokratyczna. Po odzyskaniu wolności dzięki hasłom wspaniałym głoszonym przez „Solidarność” . Okres historii ostatniej mimo, że mamy demokrację jawi mi się , jako okres warcholstwa , prywaty, interesów partii i jednostek silniejszych, niż interes wspólny naszego Państwa. Wydaje mi się, że tak jest. Przez kilkanaście lat elita rządząca doprowadziła Polskę do stanu – gdzie prawie wszystko jest sprzedane, nie ma prawie nic Polskiego, a to co jest majątkiem skarbu państwa jest często zadłużone. Elity władzy doprowadzono do ogromnego rozwarstwienia społecznego. Z budżetu centralnego/ z tego samego gara/ jednemu płaci się dziesiątki tysięcy złotych, czy kilkaset, a innemu np. emerytowi, renciście kilkaset złotych. W okresie kilkunastu lat potworzyły się wielkie majątki, nie zawsze uczciwą drogą Dla mnie to niemoralne i niedopuszczalne .
Dziś trzeba nam takiego Piłsudskiego. Nie, nie mówię o przewrotach, o niedemokratycznych metodach, ale o człowieku z wielką charyzmą ,polotem i siłą , który by potrafił sprawić, że zakończą się gry polityczne, a wszyscy wezmą się wspólnie do budowania naszego domu Polski. Liczyłem, że rządzący potrafią zacisnąć „swoje pasy” , że w sytuacji ogólnej biedy będzie ich stać na gest , jaki wykonał w 1926 roku Piłsudski- ograniczył zarobki administracji o 30 %. Ograniczając diety posłom zarobki w rządzie, parlamencie, progi zarobkowe w samorządzie, zarobki w spółkach skarbu Państwa, diety w samorządach zyskalibyśmy środki na rozwój Polski, na dofinansowanie, tych co dziś nie mają za co żyć.
Podobnie jest w niektórych „małych ojczyznach” – oczywiście nie wszystkich. Często się
myśli o sobie, a nie o dobru ogółu. Jako wzorowy przykład upatruje (oczywiście z daleka) samorząd Zamościa, gdzie dokonano cięć w zarobkach redukcji etatów, a uzyskane środki przeznaczono na inne cele.
Elity władzy powinny być nieskazitelne, uczciwe, o wysokich zasadach moralnych i etycznych rozumiejące potrzeby wszystkich, a nie swoje – tak często jest.
Kończę te swoje przemyślenia licząc ze mój głos w dyskusji dotrze do naszych elit politycznych. Postanowiłem też podjąć cykl działań aby, tak się stało . Mam jednak wątpliwości, czy to nie „Daremne żale, daremny trud ........” .
Moje spojrzenie na wiele spraw jest refleksyjne, szczere . Życie nauczyło mnie pokory , szacunku dla niego. Dziś szanuje każdą jego chwilkę, gonię za nim, by coś zrobić dla dobra ludzi i Ojczyzny.

Jeszcze Polska nie zginęła........
Jan Stanisław Ściseł Lubartów
 


Z KART HISTORII

Pewnego dnia postanowiłem zrobić porządek w swoich szpargałach. Składając na kupkę przedwojenne czasopisma i książki w moich dłoniach znalazły się pożółkłe kartki. Delikatnie, aby nic nie uronić nadszarpniętym czasem stronom przeczytałem tytuł.: ZIEMIA LUBARTOWSKA SZKIC MONOGRAFICZNY, ILUSTROWANY opracowany przez Wandę Jagienkę Śliwinę i Tracza Ferdynanda, wydany w roku 1928 Nakładem Polskiej Macierzy szkolnej w Lubartowie. Książka została wydrukowana w Drukarni Udziałowej w Lublinie, Plac Litewski, telefon 2-43. Delikatny dreszcz przeszedł po moich plecach, bo bardzo lubię stare publikacje – to takie moje hobby. Książki tej do tej pory nie przeglądałem, ba nawet nie wiedziałem, że posiadam taki egzemplarz. Zawieruszyła się wśród przedwojennych wydań „Przewodnika Gospodarskiego”. Było to możliwe z racji tego, że jej grubość nie różniła się znacznie od grubości czasopism. Zapewne leżała tam wiele lat, a ja przypadkiem dokonałem małego odkrycia historycznego. Z zaciekawieniem przeglądałem kartkę po kartce czytając ciekawe informację o Ziemi Lubartowskiej, jej historii, szkolnictwie, gospodarce.
Pomyślałem, że dobrze by było gdyby więcej osób mogło zapoznać się z treścią książki. Nie ukrywam, że do tej myśli przekonała mnie rozmowa z Panem Wiesławem Stepińskim i Ryszardem Jeziorem. Dwie godziny gawędziliśmy o historii Lubartowa. No, w zasadzie to ja byłem głównie słuchaczem. Ale bardzo zainteresowały mnie wspomnienia obu Panów (np. dowiedziałem się że na placu naprzeciwko Jubilata, tam gdzie dziś jest pomnik, przed wojną był hotel rodziny Peretzów). Bezpośrednio po rozmowie, natchniony duchem przeszłości uznałem, że warto napisać kilka ciekawych zdań z książki, którą odkryłem przypadkiem.

„Powiat Lubartowski posiada ogółem dróg bitych 48 klm. 940 m w tej liczbie: państwowych 24 klm 820 m.,wojewódzkich – 15 klm. 120 m. i powiatowych 9 klm. . Ponadto są uporządkowane drogi gruntowe w ogólnej ilości 177 klm. Za starosty p. Krauzego zapoczątkowano akcję sadzenia drzew przydrożnych , owocowych, przy drogach publicznych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych. Dotąd posadzono 6.163 sztuk drzewek.
W powiecie jest 57 straży pożarnych ochotniczych. Ośmnaście z nich posiada już własne remizy , a trzy - orkiestry dęte. Prezesem Związku Okręgowego Straży Pożarnej jest starosta p.Krauze , instruktorem p. Gronowski. Częste kursy strażackie, zjazdy i lustracje, powodują dużą ruchliwość i żywotność straży w powiecie.
Lubartów posiada Szpital Sejmikowy, we własnym gmachu , wyremontowanym kompletnie , z kanalizacja, łazienkami ogrodzony pięknym parkanem z siatki drucianej . Gmach został nabyty staraniem starosty p. Stefana Mańkowskiego, a odrestaurowany – staraniem jego następcy , starosty p. Krauzego.
Stan szkolnictwa w powiecie coraz lepszy, choć brak jeszcze dostatecznego zrozumienia w społeczeństwie. Szkół jest 73, dzieci uczęszczających do szkół 14.210, a sił nauczycielskich 285. Pięć szkół posiada gmachy wybudowane podług planów ministerstwa. Dla rozmieszczenia szkół w odpowiednich , ustawowo przewidzianych punktach , tworzą się obwody szkolne z których powstaje sieć szkolna . Każda gmina posiada dozór szkolny, a nad całością czuwaRada Szkolna Powiatowa . Przewodniczącym rady szkolnej jest p. Kazimierz Chromiński, ziemianin z Pałecznicy. Największą władzę nauczycielstwa w Powiecie jest inspektor szkolny , p. Wacław Jaworek. Delegatem Rady Szkolnej i sekretarzem jest członek tejże p. Władysław Śliwa.
Sieć telefoniczna obejmuje cały powiat. Początek istnienia telefonów w Lubartowie sięga r. 1914. Okupanci zaczęli przeprowadzać linię telefoniczna w powiecie. Za państwowości polskiej robotę ta uzupełniono i wykończono. Obecnie każda gmina i każdy posterunek policyjny posiada aparat telefoniczny.”

Od faktów zawartych w cytowanym fragmencie minęło lat ponad 76, to trochę więcej niż jedno pokolenie. Dla przeciętnego śmiertelnika to długo, dla historii niewiele. A ja się będę cieszył gdy Państwo przeczytacie ten fragment książki. Wtedy uznam ze udało mi się ocalić od zapomnienia kilka ważnych nazwisk i wiele ciekawych faktów.

Z poważaniem Jan Ściseł
 


Wspomnienia Ojca Bedy Bujnowskiego

     1 wrzesień rok 1939 wybuch II Wojny Światowej. Hitlerowska doktryna ”Drank nach Osten”- kierunek na wschód. Propaganda głosiła: inteligencję, kler wyniszczyć, co dokonano na rynku w Bydgoszczy. Nauczycieli, księży, aptekarzy na rynku w Bydgoszczy rozstrzelano.
W związku z obawą podobnego losu, lub wzięcia do Raichu do pracy niewolniczej ruszyło na Wschód wielu mężczyzn. Dwa transporty do Lubartowa przybyło. W Lubartowie było 10 tysięcy mieszkańców, ewentualnie naście, połowa Żydów. Domy piętrowe były tylko w Rynku. Ja byłem w Zakonie od 1939 i w roku tym opuściłem Nowe Miasto nad Pilica i Nach Osten z załogą Klasztoru szliśmy do Lubieszowa pod Pińskiem. Szliśmy przez tydzień nocami, bo aura dopisywała, niebo było bezchmurne, było bardzo ciepło. Pogoda była wręcz wymarzona dla ataków Luftwaffe - lotnictwa niemieckiego. Prezydent Warszawy ogłosił ze będzie druga linia oporu nad Bugiem. Fala ludzi szła w kierunku Bugu. Nasi Bracia i ja przyszliśmy do Lubartowa. Ja zostałem tutaj, gdyż miałem odparzone stopy. Pozostali bracia doszli do Cycowa. Tam przyszła druga fala mężczyzn uciekających przed Armia Krasną, która zaatakował Polskę 17 września 1939 roku, uciekli oni na Zachód. W Lubartowie, te fale się spotkały. Rój mężczyzn na ulicach, wojsko nasze, policja opuściły miasto nie czekając na Wermacht. Szliśmy przez Firlej. Osada strzaskana, opuszczona, w lesie kawalerii oddział. Droga z Firleja do Lubartowa to cztery metry brukówki, a trzy metry drogi polnej. Bezkrólewie przez dwa tygodnie. Pani Majewska miała Browar przy obecnej Alei Tysiąclecia. Wojsko cysterny rozstrzelało, wyciekł alkohol. Nałogowcy chłeptali go, jak psy. My 7 kleryków służyliśmy rannym w Szpitalu, w szkole obok naszego Klasztoru - obecnie szkoła Podstawowa Nr 1 w Lubartowie. Jak przywieziono trzy furmanki rannych z terenu był taki fetor, że jeden z Kleryków wymiotował, jeden zasłabł. Było bardzo ciepło. Oficer błagał: dajcie mi broń, bym skończył honorowo swój żołnierski żywot. Żołnierz Żyd krzyczał: dajcie mi karabin, żebym mógł jeszcze jednego szkopa ukatrupić.
     Na dwóch motocyklach z koszami i karabinami maszynowymi podjechali Niemcy pod szkołę. Objechali ją dwukrotnie dookoła, potem odjechali w kierunku do centrum miasta. Szpital skończył swój żywot. W Klasztorze po salach zamieszkali oficerowie niemieccy. Byli bardzo uprzejmi dla nas. Gdy wiozłem z Kozłówki szczapy na opał, wieczorem, wartownik przyczłapał i pyta: Gewer ist? – broń jest?. Ja na to: Kaine gewer – żadnej broni Odwrócił się i odszedł.
     Żandarmeria zamieszkała w gmachu dwupiętrowym przy ulicy lubelskiej. Na Rynku powieszono Żyda, bo zrobił jakoś krzywdę Niemcowi i trzy dni wisiał na szubienicy z napisem: Kto rękę na Niemca podniesie to taki los go spotka. Bożnica Żydowska przed pocztą stała. Była wymiana jeńców wojennych. Dwie grupy umieszczono na noc, część zbiegła. Rankiem Żandarmi w kożuchach z psami wyprowadzili jeńców w stronę Firleja. Za miastem rozstrzelano ich. Kilka razy prowadzono grupy Żydów, orkiestra głośno grała na ulicy Cichej, głusząc ich rozstrzeliwanie. W Klasztorze wyrobiłem Kenkartę, jako ogrodnik w obawie przed aresztowaniem . W styczniu 1940 w Studium Lubelskim aresztowano kleryków i profesorów. W marcu 1940 roku około godziny 6 rano przyjechało Gestapo. Przełożony Ojciec Efrem odprawiał mszę świętą, a po jej skończeniu zabrano go do Lublina na Zamek. Ja schodząc na dół widziałem z pistoletem maszynowym Szkopa, na szczęście patrzył w stronę refektarza. Ja nad chórem zdjąłem habit, wyszedłem. Drugi Szkop stał przy furcie i jeep stał na ulicy. I po odprawieniu mszy świętej Ojca Efrema zabrano na zamek. Przebywał tam od stycznia 1940 roku do czerwca. Potem Zachsenhausen i Dachu.
     29 kwietnia 1944 roku Dachau było wyzwolone przez Amerykanów. Ojciec Efrem nie wrócił do kraju, pozostał we Francji i tam życia dokonał.
Załoga klasztoru w Warszawie aresztowana w czerwcu 1940 roku, było wtedy 25 osób w klasztorze. Kolejny los uwięzionych Pawiak, Oświęcim - gdzie w roku 1941 padła z wycieńczenia połowa załogi, a resztę przewieziono do Dachu. Klerycy w dachu tajnie kończyli studia teologiczne i na kapłanów zostali wyświeconych 1947 roku Część wróciła do kraju, a część została i wyjechała do USA. W 1941 roku jak Niemcy ruszyli na Rusów, nam kazano udać się do rodzin, aby wojnę przetrwać. Ja z węzełkiem na plecach, trochę marek ruszyłem nad Biebrzę – 225 kilometrów przeważnie pieszo. Forsując granicę zielona, która była w jeszcze utrzymywana w okolicy Małkini. Potem wróciłem do zakonu do Lublina.
     Gospodarstwo nasze nadbiebrzańskie było doszczętnie spalone, gdyż od lipca do grudnia żyło na linii frontowej. Sowieci, jeden kilometr linii oporu, głębokość okopu 170 cm, a zza Biebrzy wciąż artyleria macała, pocisk gwizdnął obok, gdyby na ciebie byłoby już bez gwizdu. Zaklepanie PKWN w Teatrze Osterwy na Krakowskim Przedmieściu przy naszym Klasztorze zostało dokonane. W roku 1948 kapłaństwo otrzymaliśmy z rąk sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego, który był Biskupem Lublina. Diecezjalnych kapłanów wyświęcono 13, nasz Kapucynów było 6. Żyje Biskup Pylak. Z Kapucynów ja, jako „Ostatni Mohikanin” zostałem. W sierpniu ubiegłego roku 86 lat ukończyłem. Przepracowałem w Ustroniu Morskim strefie granicznej od 1948 do roku 1952 roku. Od 1949 ruszyła fala walki komuny przeciwko Kościołowi. Potem 6 lat pracowałem w Nowym Mieście – jako katecheta.
W Koszalinie było 4 Franciszkanów, w Kołobrzegu 2 i 4 Kapucynów, obsługiwaliśmy 3 Powiaty. Masa była kaplic poniemieckich protestanckich, przerobionych na nasze Kościoły.

Wspomnienia Ojca Bedy Bujnowskiego przelałem na papier – Jan Ściseł
 


Przegrali bieg o życie

     Była jesień. Dzień kurczył się każdej doby. Z pól zniknęły już zboża. Nasutowskie pola od Dysa ku borowi zajęte były głównie przez płowe ścierniska, które w słońcu błyszczały odbitymi promieniami od krótko ściętych źdźbeł zbóż. Gdzie niegdzie wśród szachownicy pól prześwitywały podorywki. Te w kierunku Dysa były brunatne, ciężkie z uwagi na żyzność gleby. Te pod lasem pyliste, lekkie mieniące się żółtymi odcieniami piasku, mające tyle barw uroczych , lecz liche jeśli chodzi o urodzajność. Pomiędzy tymi szachownicami pól wiła się polna droga, w odległości około kilometra od wsi. Droga ta prowadziła od Krasienina do Nowegostawu.. na wysokości wschodniego krańca wsi droga wpadała w gęstwinę leśną , znikając wśród pięknych drzew. Droga, jak droga , ot pas ziemi nieuprawianej, którym z rzadka ktoś wozem przejeżdżał. Niczym ta droga nie wyróżniała się od tysięcy polnych dróg. Trakt ten przecinał się z gościńcem Nasutów - Dabrówka i na skrzyżowaniu tych dróg stał drewniany krzyż. Z tego miejsca do lasu nie było daleko. W połowie odległości od krzyża do lasu znajdowały się doły po wybranym przez mieszkańców piachu. Z tego miejsca dowożono piach jako materiał do zaprawy murarskiej Gdzieniegdzie obszar ten porastały niewielkie sosny, trawy.
     Pewnego jesiennego ranka z dołów wybiegło dwóch mężczyzn. Skierowali się w stronę Nowegostawu. Szybki bieg był niezrozumiały dla mieszkańców Nasutowa, którzy zauważyli zdarzenie. Dopiero, gdy w sporej odległości od uciekinierów zauważono dwóch rowerzystów, w których rozpoznano Niemieckich żandarmów w mundurach, z karabinami na plecach zrozumiano, że jest to pościg. Wyglądało to tak, jak drapieżnik szybki i uzbrojony gonił płową zwierzynę, której chce zadać cios śmierci.
     Ciekawość wygoniła z domu wielu Nasutowiaków, wpatrzeni w ucieczkę stali w grupkach pod ścianami domów, intensywnie myśląc , mając nadzieje ze los będzie łaskawy dla uciekających, a dla goniących polowanie skończy się dziś bez trofeów. Polowanie na ludzi wywoływał wśród nieproszonej widowni smutek i przygnębienie, a w sercach tliła się nadzieja ratunku dla uciekających. Widok, który następował z upływem czasu powoli wyganiał nadzieję. Uciekający tracili siły. Kilka razy wywracali się na ziemię, podnosili i biegli dalej, wyciągając nogi jak najdalej mogli, aby uciec przed zagrożeniem. Również goniący kilkakrotnie przerywali pościg, schodząc z rowerów w miejscach gdzie piach utrudniał jazdę.
     Wśród widowni zadawano sobie w cichych myślach pytania, dlaczego uciekający nie skręcają w pole, gdyby tak zrobili Niemcy musieliby porzucić rowery, gdyby ucieczka skierowała się w stronę lasu, wtedy byłaby szansa dobiegnięcia do niego i ukrycia się w gęstwinach leśnych . Niestety uciekający zapewne w strachu, panice nie skręcili do boru.
     Gonitwa trwała dłuższą chwilę.
     Z minuty na minutę odległość pomiędzy zwierzyną a polującymi kurczyła się. Uciekający widzieli szanse dla siebie w dotarciu do zagajnika. Gdy byli już niedaleko, wtedy jeden z żandarmów zeskoczył z roweru, rzucił go na ziemię, zarepetował karabin i oddał strzał.
     Odgłos strzału sprawił, że uciekający skręcili w kierunku wsi i biegli na południe ku ostatnim domom wsi Nasutów. Nie wiadomo, dlaczego tak się stało. W cichej ocenie ludzi obserwujących była to zła decyzja. Może wynikała z przeświadczenia, że strzał mógł paść od strony zagajnika, do którego zmierzali. Dlaczego zrezygnowali z lasu nikt się nigdy nie dowiedział.
     Uciekający tracili siły. Szybki oddech, płuca pracujące jak kowalskie miechy świadczyły o dużym zmęczeniu. Ale padające z tyłu strzały wyzwalały ostatnie siły, świadomość, że za chwilkę można stracić życie dodawała energii. Biegli dalej. Po kilku minutach uciekający dobiegli do stodoły Pytki Michała na Niwce. Jeden oparł się o stodołę, drugi przewrócił się pod płotem nie mając już sił do dalszej walki o życie.
     Niemcy już z bez rowerów, biegli krzycząc i strzelając. Kule wystrzelone z karabinów myśliwych znalazły cel, przeszywając ciała nieznajomych mężczyzn. Obaj legli obok siebie, kończąc swój żywot na tej niegościnnej dla nich ziemi nasutowskiej. Ostatni ich bieg skończył się tragicznie. Meta tego długiego dystansu, to jednocześnie meta ich życia. Nie wiadomo, kim byli i co tutaj robili, może ukrywali się przed terrorem niemieckich najeźdźców, może siedzieli w tych dołach, skąd brano piach Nikt nie umiał odpowiedzieć na te pytania. Natomiast rysy twarzy w ocenie mieszkańców pozwalały wnioskować, że zabici to ludzie narodowości żydowskiej.
     Niemcy, prawdopodobnie żandarmi z Ciecierzyca po stwierdzeniu zgonu, szybko odjechali, uprzednio nakazując miejscowej ludności wykonanie pochówku. Ludzie zajęli się zabitymi. Ciała pochowali w miejscu skąd uciekający rozpoczęli ostatni etap swojego życia, którym była ucieczka. Wykopano dół może głęboki na jeden metr, wrzucono ciała bez trumien a na nie lichą ziemię piaskową. Nie postawiono żadnego śladu upamiętniającego miejsce pochówku tych ludzi. Gdyby ktoś, kiedyś odkopał razem z piaskiem zabieranym na budowę szczątki dwóch istot ludzkich, to prawdopodobnie będą to kości dwóch uciekinierów. Me słowa pisane po to, żebyśmy my i nasze dzieci i następne pokolenia mieli świadomość, że były takie czasy, kiedy człowiek strzelał do człowieka, jak do zwierzyny.
     Mieszkańcy ze smutkiem wracali do domów, smutne było też popołudnie tego dnia. Słońce schowało się za chmurami, jakby nie chcąc swoimi promieniami oglądać tragicznych scen tego dnia. W wielu sercach pomimo smutku wzmagało się ogromne poczucie krzywdy, jaką doznawał polski naród. Na bazie tej krzywdy kiełkowała nienawiść i chęć oporu przeciwko Niemcom, wyzwalana nadzieją życia w wolnej ojczyźnie , w której nikt nie strzela do nikogo z karabinu.
 


Rozstrzelani na łące szkolnej

     Nasutów Zdrój, tak pięknie mówiła o swojej wsi rodzinnej jedna z jej nieżyjących mieszkanek Pani Zofia Turowska. W tych słowach ukryta jest miłość do swego rodzinnego domu, wynikająca zapewne z uczuć, jakimi darzymy miejsce swojej młodości. Szczególnie, gdy los rzuca nas w odległe strony świata, a życie rodzi nam w latach dorosłych tyle trudności i barier. Jednak zawsze wracamy sercem do swoich korzeni.
     Co mnie do Nasutowa ? Nawet dnia tutaj nie mieszkałem. Ale moi dziadkowie ze swoimi córkami tutaj i pracowali i mieszkali od 1935 do 1957, przezywając okrutne dni okupacji. Moja mama spędziła tutaj swoją młodość. Ten okres ich życia, niby nie długi, jednak pozwolił, że spętał ich silnymi więzami z lokalnym społeczeństwem, zawiązał przyjaźnie do końca życia. Ich siła była tak wielka, że przelała się też na mnie. Gdy słyszałem dziesiątki opowiadań o Nasutowie i ludziach tutaj mieszkających opowiadanych przez dziadka, babcię, mamę, ciocię, to w ten sposób ich miłość do Nasutowa przelewała się na mnie. Inna rzecz, że te myśli i wspomnienia trafiły na łatwy grunt, szacunku i miłości do wszystkich ludzi. Ale do Nasutowa mam szczególny sentyment. Nie wstydzę się powiedzieć ,że noszę w sercu miłość do ludzi z Nasutowa, do przyrody, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych , szeroko nad stawami Wzory rozłożonych . Często w wolnych chwilach tutaj przyjeżdżam. Patrzę na łąkę, na której stała szkoła, patrzę na wijący się strumień przez łąkę pomiędzy wsią a Niwką, patrzę ku borowi, patrzę na miejsca niemieckiej kaźni.
     Myślami przenoszę się w czasie, kiedy żyli tutaj wspaniali ludzie tacy jak Gałat Piotr /19- ty wiek/, który słynął z faktu, że jako jeden z pierwszych Nasutowiaków umiał czytać, był też ławnikiem w sądzie w Kamionce, a najbardziej słynął z tego, że wyprowadzał umarłych do figury i tak pięknie mówił,ż e ludzi rzewnymi łzami płakali. Wspominam wielkich Nasutowiaków - Konstantego Turowskiego – pierwszego inteligenta z Nasutowa. autora ksiązki „ Moja wieś” właśnie o Nasutowie. Jana Turowskiego – wybitnego socjologa, profesora KUL-u, autora wielu książek. A wśród nich najwspanialsza dla mnie monografia Nasutowa od 1800 roku do okupacji, wydana w 1949 roku. Wreszcie wspominam swego dziadka i babcię społeczników z Nasutowa, o których od ludzi wiele dobrego słyszałem. Gdy budowali dom w Niemcach ponad 40 gospodarzy za darmo woziło cegłę z rozebranej gorzelni, a w domu w Niemcach przewijało się setki ludzi z Nasutowa. Stąd też, ich znam.
     Nasutów ma duszę, ma wspomnienia, a te chce wydobyć dla Państwa.
     Wspominam budynek szkoły wymurowany z białej opoki w 1910 roku, przy nim mała murowana komórka. Dziś już rozebrane, sadek szkolny, pasiekę i łąkę na której krówka stała, warzywa rosnące na działce przyszkolnej . Wszystkie te obrazy pamiętają jeszcze rosnące tutaj wspaniałe wierzby płaczące. Może one płaczą za dawnymi czasami. A jest nad czym płakać. Tragiczne czasy okupacji zapisały się tutaj wieloma tragediami.
     Opowiem Państwu jedną z nich.
     Zdarzyło się to pewnego dnia w październikową noc 1942 roku. Na plac przy szkole, która była położona w centrum wsi przyjechali Niemcy. Często odwiedzali szkołę, gdyż był to duży budynek w centrum wsi. Również, nie bez znaczenia był fakt, że kierownik szkoły potrafił się porozumieć z Niemcami. Znał język niemiecki. Również duże sale wolne od nauki powodowały, że szkoła była świadkiem wielu sytuacji z udziałem Niemców, a mieszkańcy szkoły - kierownik Jan Filipek, jego żona Janina – nauczycielka polskiego, oraz ich córki Anna i Jadwiga i Stasia Pielucha - gospodyni i woźna w swojej pamięci zachowali wiele tragicznych śladów.
     Na plac przy szkole zajechały dwa samochody. Jeden duży, drugi nieco mniejszy. W każdym z nich byli Niemcy. Kierowcy pojazdów zgasili silniki wyskoczyli wyskoczyli z samochodów . Skierowali swe kroki do szkolnych drzwi. Szkoła, o tej porze była już nieczynna, a drzwi były zaryglowane. Niemcy dostrzegli jednak światło lampy naftowej dochodzące z części mieszkalnej szkoły. Udali się tam i nakazali kierownikowi otworzenie szkoły.
     Oznajmili ze maja zamiar tutaj przenocować.
     Cóż było robić. Bez dyskusji kierownik szkoły otworzył drzwi i wpuścił Niemców do środka.
     Nieproszeni gości zajeli największą salę. Anna Ściseł tak opisuje dalsze zdarzenia. Kiedy Niemcy obejrzeli salę, kazali napalić w piecach, co robiła zawsze Stasia, bo była wówczas woźną. Dwóch z nich przyszło do kuchni i kiedy rozejrzeli się , to zapytali czy w domu jest mleko. W domu mieliśmy krowę, było więc też i mleko. Rozmawiali między sobą po niemiecku, powiedzieli, żeby im zrobić kluski z mlekiem. Podobało się im w naszej kuchni, było w niej czysto schludnie. Mama przygotowała kluski z mlekiem i zaniosła do sali szkolnej. W tym czasie Stasia paliła w piecach w szkole. Później opowiadała, że bardzo się bała. Niemcy cały czas szwargotali jej nad głową , gdy ona paliła w piecu. Gdy mleko stanęło przed nimi kazali Stasi iść do domu.
     Po pewnym czasie kilu Niemców odjechało mniejszym samochodem w kierunku Krasieniana. Przez okno było widać długi snop świateł , oświetlający gruntową drogę. Dokąd konkretnie pojachali, nikt więcej nie wiedział.
     Zapanował cisza. W wiejskich chałupkach zamierało życie, ludzie usypiali spokojnym snem. Gasło światło lamp naftowych. Zamierały odgłosy życia. Noc otulała kołdrą snu ludzi. W mieszkaniu przy szkole, mimo, że zgaszono świtało lampy naftowej, nikt nie spał. Wszyscy siedzieli w ubraniach. Wyczuwalny był silny niepokój, zastanawiano się w cichych myślach, jak dalej rozwiną się zdarzenia zapoczątkowane tego wieczoru. Wszyscy obawiali się, co przyniesie jeszcze ta noc i następny dzień.
     Długie wyczekiwanie zostało przerwane dopiero po północy. Pod szkołę zajechał głośno warczący samochód. Warkot pojazdu rozbudził z uśpienia mieszkańców domów przy szkole. Niejedno oko spojrzał przez szybę okien, chcąc wyłowić obraz ze dworu. Niektórzy dostrzegli, że wracający z wyjazdu Niemcy przywieźli jakichś ludzi ze sobą. Stasia, która w nocy musiała chodzić zamknąć piec widziała w sali siedzących cywilów.
     Osoby przywiezione wprowadzono do Sali szkolnej.
     Za ścianą było słychać rozmowę, ale trudno było wyłowić jej sens. Czasami tylko dobiegały fragmenty czytelne dla ludzkiego ucha. Słyszano pytanie: A tamci gdzie poszli ? męski głos odpowiedział: za las, inny zapytał: Ilu ich było…., i to wszystko co udało się wyłowić podsłuchując przez ścianę. Dalsza rozmowa była słyszalna, ale żadnych konkretów nie można było wyłowić przez zaporę murów.
     Kiedy świt ranka nastał, wyganiając ciemności nocy, w sali szkolnej zaczął się ruch. Niemcy wychodzili na dwór, wracali do środka kilka razy. Wyglądało to tak, jakby się do czegoś przygotowywali.
     Wreszcie wyprowadzono ze szkoły pięć osób – dwie kobiety i trzech mężczyzn. Skazańcy szli przestraszeni, smutni, bosymi stopami dotykając zimnej ziemi. Buty musieli zostawić w sali szkolnej. Skazańcy prowadzeni przez eskortę Niemców skręcili na północ, minęli parkan szkolny i skierowali się pod rozłożystą wierzbę / które stoi do dzisiaj , pomiędzy remizą strażacką a stacja benzynową/.
     Gdy podeszli kilka kroków za wierzbę, padły strzały.
     Córka i młodszy syn w przedśmiertelnym odruchu zdołali się jeszcze chwycić matki, przytulając się całą siłą do niej, jakby wspólnie chcieli odejść z tego świata w zaświaty. Dorosły syn złapał w objęcia ojca. I w tych ostatnich ziemskich uściskach padli na trawę przy wierzbie, rosząc swą krwią zieleń październikowej trawy. Po chwili, kiedy przebrzmiało echo wystrzałów, również serca ich zamarły na zawsze w bezruchu.
     Zginęła cała rodzina. Niemcy szybko powrócili z miejsca kaźni. Wezwali sołtysa i nakazali mu pochowanie ciał w miejscu, w którym zostali zabici. Polecili posypać ciała wapnem. Sołtys Marczak Józef kiwnął głową przyjmując nakaz.
     Po odjeździe Niemców sołtys przywołał młodych chłopców, którzy wykopali dół. Następnie położono zabitych, posypano ich wapnem. Zgarnięto skrzepy krwi i zasypano dół. Teraz ziemia pochłonęła na dobre zabitych.
     Po odjeździe Niemców na miejsce zbrodni przyszło wielu Nasutowiaków. Rozmawiali o zabitych. Jedni mówili, że zabici to żydowska rodzina przywieziona z Majdanu Krasienińskiego, inni że z dołów krasienińskich, które są na górce za Szkołą Rolniczą. Autor książki znalazł tez zapiski mówiące, że zabici to rodzina Żydów, którzy ukrywali się na Smugach. Trudno określić dzisiaj , która wersja jest najbardziej realna.
Pochowani ludzie na łące w Nasutowie byli ciepło ubrani. Każdy z nich miał dwa swetry, kobiety ciepłe pończochy, ciepłe chusty i grube ciepłe palta. Taki ubiór świadczył, że byli przygotowani na przebywanie w różnych warunkach, na ukrywanie się i na ucieczkę. Niestety ubiór nie pomógł w przeżyciu. Pani Helena Sternikowa, tak zapamiętała te chwile:
Widziałam jak ich prowadzili na rozstrzelanie. Ukradkiem patrzyłam przez okno, z za wazonów z kwiatami. Jak ich zabili, po odjeździe Niemców, to ja najpierwsza tam poleciałam. Była to 5 osobowa rodzina. Dziewczyna miała około 16-18 lat, chłopiec może z 7 lat, Dziewczyna była taka zgrabna. Matka była w chustce. Rozstrzelali ich przy rowi, przy wierzbie, pomiędzy ramizą, a magazynem.
     Tak się skończyły ostatnie dni na tym świeci rodziny żydowskiej. Do dzisiaj kości zabitych pochowane są na łące, przy wierzbie rozłożystej. Niewielu już zostało, którzy pamiętają te czasy. Tylko ta wierzba, świadek zdarzeń stoi niezmiennie, a jej szum w powiewach wiatru jest taki sam, jak szum tego dnia, gdy zginęli niewinni ludzie.
     Do narodowej skarbnicy pomników pamięci przybył jeszcze jeden. Skromny to pomnik. Zwykły dół w ziemi w nim ciała skryte pod gleby płaszczem, których szczątki to ślady najwspanialszego i najciekawszego zjawiska na ziemi - życia..
Me słowa w tym opowiadaniu niech przywrócą pamięć, o tych, co tam leżą. Czasami o nich pomyślmy.